Languages:                   

MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA

Franciszkanki Misjonarki Maryi

Prowincja Europy Środkowo - Wschodniej

Bosna i Hercegovina Deutschland Ősterreich Magyarország
Polska Россия Slovenija Україна

Ewangelizacja

Ewangelizacja więc winna być prowadzona z wielką gorliwością, nowymi metodami i z zastosowaniem nowych środków wyrazu. ...

Misjonarki

Zobacz inne
 

Zobacz również

Ankieta


Czy uczestniczyliście w zorganizowanych rekolekcjach?


Nie
Tak


Głosuj     Wyniki     Inne pytania
 

Polecamy


 

         

Warszawa

Msze św. w Kaplicy
Królowej Misji

- w niedzielę: godz. 8.00
- w tygodniu: 6.30

   
Adoracja Najświętszego Sakramentu

- Pon.– Piątek godz. 7.30 – 17.00
- Sobota godz. 7.30 – 15.00
- Niedziela  godz. 11.00 – 17.00




 

Serwis osób niezalogowanych


Brylantowy Jubileusz

2010-07-17 s. Bożena Bednarczyk FMM

 

 

 

 

    Siostra Jacka (Franciszka Zięba, 93 lata), 17 września w tym roku będzie świętowała Brylantowy Jubileusz, 75 lat życia zakonnego. Dzieli się z nami swoim pięknym doświadczeniem wielu lat przeżytych w służbie Panu i ludziom w Zgromadzeniu FMM.

                                                                                                                                       

Siostro, proszę opowiedzieć nam, jak poznała Siostra nasze Zgromadzenie, jaka była historia Siostry powołania zakonnego?

                                                                               

    Czuję, że miałam już powołanie gdy chodziłam do 3 klasy. Przypominam sobie, jak pewnego dnia przyszły do naszego domu - w Sokolnikach koło Lwowa - siostry Karmelitanki, które chodziły po kweście. Rozmawiając z nimi, byłam bardzo ciekawa jak ubierają się siostry. Oglądałam ich strój i myślałam sobie: Dlaczego ja nie urodziłam się zakonnicą? Pamiętam, że bardzo płakałam i schowałam się do drugiego pokoju. Nie powiedziałam mamie, że chcę być zakonnicą. Dopiero w 4 klasie powiedziałam rodzicom otwarcie, że chcę wstąpić do klasztoru. Od tego czasu ta myśl pracowała w moim sercu. Gdy miałam 15 lat, zapytałam znowu rodziców, czy zgadzają się na to, żebym wstąpiła do zakonu. Mama się zgodziła, ale tata powiedział „nie”. Jednak po kilku dniach oświadczył, że mogę sobie iść, ale nic mi nie da, oprócz tego, co będę miała na sobie. Wtedy zaczęłam prosić wujka, żeby mi poszukał jakiejś pracy w mieście, abym mogła zarobić na posag do klasztoru. On znalazł mi pracę w kuchni, w dużym Szpitalu Psychiatrycznym Sióstr Szarytek we Lwowie. Z domu właściwie uciekłam, nie mówiąc rodzinie otwarcie, że idę do pracy w szpitalu. Tam pracowałam przez 3 lata. Wieczorami chodziłam do kaplicy na Mszę świętą i długo modliłam się do Matki Bożej, aby mi wskazała drogę. Ksiądz kapelan zauważył to i wypytując o różne rzeczy prosił, abym przychodziła do niego codziennie i opowiadała mu o swoim życiu. To były jakby takie codzienne spowiedzi: mówiłam, co robię, co myślę...i ksiądz błogosławił mnie na koniec spotkania. Pewnego dnia spytał mnie, co chcę robić, opowiedziałam, że chcę wstąpić do zakonu. On przyniósł mi dużą księgę, gdzie były adresy wszystkich zgromadzeń. Kazał mi przeżegnać się i otworzyć ją. Gdy otworzyłam zobaczyłam adres Sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi. Był tam adres do domu w Rzymie i do Łabuń. Ksiądz kazał mi napisać list z prośbą o wstąpienie. Do tej samej koperty dołączył także i swój list i wysłał  do Rzymu. Miesiąc później otrzymałam odpowiedź z Rzymu, że mam zgłosić się do Łabuń. To był 1935 rok.

                                                                                                                                       

Jak wspomina Siostra ten czas  formacji w Łabuniach?

                                                 

    Ukończyłam 18 lat i powiedziałam rodzicom, że wstępuję do zakonu. W Łabuniach 12 marca 1935 przyjęła mnie do postulatu Matka Klara (Katherine Crawley), Irlandka. Postulat miałam tylko 2 miesiące. Nowicjat rozpoczęłam 17 września 1935 roku. Pierwsze śluby złożyłam 17 września 1938 roku. Pamiętam, że dostałam na śluby koronę z róż i krzyż misyjny. Tego samego dnia s. Mateusza złożyła śluby wieczyste i w kwietniu 1939 roku zostałyśmy obie posłane do Austrii, do wspólnoty Eichgraben „Annunziata”.

                                                                               

Siostro, posłano was do innego kraju, nie znałyście języka, jak sobie radziłyście?

                                                       

    Poradziłyśmy sobie, gdyż w tym czasie w całym naszym Zgromadzeniu uczyłyśmy się języka francuskiego. Niedługo zaczęła się wojna. Potrzeba było drewna na opał. Nie było mężczyzn, ani koni do pracy, wszystko zaczęto zabierać dla wojska. Posłano mnie do karczowania lasu. Mężczyzn i młode dziewczęta z Niemiec i Austrii wcielano do wojska. Matka Generalna, Saint Agnes, poleciła przełożonym, aby młode siostry wywieźć z Austrii do Rzymu. Dlatego w „Annunziacie” zostały jedynie siostry Austriaczki staruszki i cudzoziemki: Węgierki, Słowaczki i 2 Polki.

                                                               

Jak wspomina siostra ten trudny czas II wojny światowej na terytorium Węgier? (w czasie II wojny światowej Węgry walczyły u boku hitlerowskich Niemiec przeciwko ZSRR)

                                                             

    Za półtora roku musiałyśmy także i my opuszczać terytorium Austrii wcielonej do Rzeszy Hitlerowskiej (przyp.„Anschluss”Austrii- marzec 1938). Z obawy przed prześladowaniami czy wywózką S. Prowincjalna, Melanie Rose, zebrała 37 Polek z Niemiec i Austrii, chcąc jej wywieźć z zagrożonego terytorium. Pojechałyśmy najpierw przez Francję, aby dotrzeć na Węgry. Tam s. Przełożona domu w Budapeszcie poprosiła o 5 sióstr do pomocy. Zostałyśmy: s. Mateusza, s. Bogowita, s. Bernadeta agregowana, s. Oktata i ja. Był to marzec 1941 roku. I tak zostałam na Węgrzech ponad 10 lat. Po dwóch miesiącach zaznajamiania się z językiem węgierskim posłano mnie na kwestę z siostrą Węgierką. Potrzeba było zdobyć żywność dla 200 dziewcząt-sierot (w wieku od 6 do 35 lat), którymi opiekowała się wspólnota z Budapesztu. Zazwyczaj kwestowałyśmy przez 2 miesiące w różnych wioskach i miasteczkach.

                                               

    Najmocniej wspominam to, że w tym czasie bardzo tęskniłam i modliłam się, aby móc wyspowiadać się po polsku. Pewnego dnia będąc w jednej parafii, ksiądz proboszcz, spytał moją towarzyszkę, dlaczego jestem taka milcząca. Powiedziała mu, że jestem Polką i nie znam języka węgierskiego. A on mi powiedział: ”Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”- dotarło do mnie, że jest Polakiem. Bardzo się ucieszyłam i  poprosiłam go za spowiednika. Ksiądz zaproponował mi naukę języka. I tak po 2 tygodniach nauczania wieczorami po pracy na kweście potrafiłam już porozumieć się podstawowymi zwrotami i przeczytać plakaty na ulicach. Poprosiłam również moją towarzyszkę, abym to ja teraz już mogła rozmawiać z ludźmi po węgiersku.

    Inne wydarzenie z tego samego okresu, gdy kwestowałyśmy w pewnej wiosce, na przedmieściach Budapesztu. Ksiądz obudził nas w nocy ostrzegając, że idą wojska niemieckie na miasto i musimy jak najszybciej uciekać, bo wojna zaczęła się w kraju. Ledwie dotarłyśmy z naszymi bagażami do pociągu i przyjechałyśmy do wspólnoty, Niemcy wysadzili już wszystkie mosty na Dunaju. Po dwóch dniach względnej ciszy zaczęło się bombardowanie, ostrzały miasta i naszego domu. Chowałyśmy się w piwnicach naszego domu. Przychodzili do nas także ludzie z ulicy, aby się schronić. Na szczęście dziewczęta wraz z 10 siostrami staruszkami zostały wcześniej wysłane, aby się schronić u ojców Franciszkanów, którzy mięli szkołę w górach, poza stolicą. Zostało tylko 20 starszych dziewcząt, które same wyraziły na to zgodę.

    1 stycznia1945, nocą wtargnęli  do klasztoru Niemcy, mówiąc z dumą: ”nie bójcie się to my Niemcy to nie Rosjanie!”. Rzeczywiście nic nam nie zrobili, ale obrabowali klasztor doszczętnie ze wszystkiego: ubrań, bielizny, pościeli, naczyń kuchennych. Zostałyśmy tylko w tym, co miałyśmy na sobie. Pamiętam, że przez prawie pół roku nie zmieniałyśmy ubrań. Spałyśmy przykucnięte, albo na stojąco, oparte jedna o drugą.

                                               

    W pomieszczeniach sierocińca był zainstalowany punkt sanitarny Czerwonego Krzyża. Z tego pomieszczenia Niemcy zabrali łóżka, pościel i cały sprzęt. Na szczęcie chorzy już wcześniej zostali przetransportowani gdzie indziej. Ciągle byłyśmy bombardowane ”bombami krowami” o eksplozji łańcuchowej. Było bardzo ciężko, zaczął się głód. Próbowałyśmy jeszcze szukać żywności. Pewnego dnia  pewien sklepikarz, Żyd, powiedział, że musi uciekać i zostawił dużo fasoli. To dzięki niej nie umarłyśmy z głodu. Jadłyśmy ją „gotowaną na sucho” trzy razy dziennie. Nie miałyśmy naczyń ani sztućców, to jadłyśmy rękoma prosto z garnka.

                                                 

    Pamiętam straszny dzień 3 stycznia 1945. Około godziny 14.00, gdy miałyśmy rozpocząć brewiarz południowy, było straszne bombardowanie. Bomba przecięła prawie na pół nasz dom. Mnóstwo sióstr zostało okaleczonych i przysypanych gruzami. Zginęła wtedy s. Przełożona i wiele innych sióstr. Mnie udało się z Bożą pomocą ocalić s. Mateuszę, która była uwięziona przy ścianie w zrujnowanej kaplicy. W szoku po bombardowaniu stała  nad przepaścią, jakby niema na kilkunastocentymetrowym wyłomie muru, na wysokości drugiego piętra domu. Nazajutrz razem robiłyśmy trumny z desek, które wyciągałyśmy z naszych łóżek i chowałyśmy zmarłe siostry w naszym ogrodzie.

                                                     

    Po święcie Trzech Króli wkroczyli żołnierze rosyjscy i zajęli nasz sierociniec. Część starszych dziewcząt siostry długo ukrywały przed żołnierzami w kominie, obok kaplicy. Wspólnota mieszkała w suterynie, gdzie była w tym czasie kaplica i była odprawiana Msza św. Bałyśmy się, gdyż żołnierze byli brutalni i ciągle czegoś od nas żądali. Chcieli, abyśmy pracowały dla nich, gotując. Wzięli spośród nas 5 sióstr do tej pracy. Pewnego dnia siłą zostałam zaciągnięta razem z jedną młodszą siostrą na podwórko do pompy, aby umyć taki duży baniak. Gdy skończyłyśmy myć i miałyśmy już wracać, bałam się, że może właśnie wybiła dla nas ostatnia godzina życia. Więc powiedziałam tej siostrze, abyśmy pomodliły się i odnowiły nasze śluby zakonne. Gdy uklękłyśmy na śniegu i skłoniłyśmy nasze głowy do ziemi, odmawiając formułę ślubów, żołnierz zaczął na nas krzyczeć, abyśmy szły z wodą do kuchni. Sprzeciwiłam się, mówiąc mu ”nie”, a wtedy on groził, że mnie zabije. Gdy nie ruszałyśmy się z miejsca, on wskoczył mi na plecy z butami i ze złością deptał po mnie. Wtedy s. Maryja się rozpłakała. W końcu jednak nas zostawił i odszedł. A my obie szybko zabrałyśmy ten garnek z wodą do naszej suteryny. Wtedy żołnierz rosyjski przybiegł pod okno, do naszej piwnicy z granatem w kieszeni, wszedł do środka i przechadzał się pośród przestraszonych sióstr. Jedna ze starszych sióstr, z krzyżem w ręku, błagała go, żeby nie zabijał. On jednak wrzucił granat w grupę znajdujących się tam sióstr i dziewcząt. Nie mogłyśmy nigdzie uciec, bo inni żołnierze zablokowali drzwi wejściowe. Wtedy mnóstwo z nas zostało bardzo zranionych. To było wielkie cierpienie i dużo sióstr skonało w mękach. Ja też zostałam pokaleczona wieloma odłamkami i miałam zmasakrowaną jedną część twarzy. Usunięto mi dwadzieścia drobnych odłamków, które zaczęły już ropieć. Gdy wiele lat później byłam w Belgii miałam operowane oczy i jeszcze mi usunięto z nich odłamki tego granatu. Mam jeszcze do dzisiaj w jednym oku, jak również wiele w ciele. W czasie tych wydarzeń nie miałyśmy leków ani środków opatrunkowych. W szpitalu żydowskim, gdzie próbowałyśmy same zanieść nasze ranne siostry, próbowano je operować. Ale tam  też nie mieli prawie nic, a zwłaszcza żadnych środków znieczulających. Kilka sióstr umarło na stole operacyjnym. Zmarło wtedy 9 sióstr i 38 zostało bardzo pokaleczonych. Takie bombardowanie trwało ponad 2 miesiące.

                                                                                               

Jak potoczyło się życie waszej wspólnoty po zakończeniu wojny?

                                                                   

    Po zakończeniu wojny nie było nam lepiej na Węgrzech. Przypominam sobie takie radosne wydarzenie, na święto Trzech Króli pewien pan, który modlił się często w naszej kaplicy, przyniósł nam duże ziemniaki. Ugotowałyśmy je i ciągnęłyśmy z nich Króla. Jaka to była radość, gdy każda z siostra miała do zjedzenia całego ziemniaka  tylko dla siebie.

                                           

    Do władzy doszli komuniści (w latach 1945- 1946 formowała się komunistyczna Republika Węgierska). Grozili siostrom z różnych klasztorów wywózką na Syberię. Wtedy było nas we wspólnocie 25 sióstr. Za radą życzliwego człowieka postanowiłyśmy „być użytecznymi dla nowych władz”. Powiedziałam s. Przełożonej, Matce Andrei, że chcę podjąć się prania. Ona się martwiła, jak ja sobie z tym poradzę. Jednak pozwoliła mi. Poszłam z tym znajomym panem do biura miasta, gdzie urzędowali Rosjanie. Zadeklarowałyśmy się przyjmować pranie z miasta i tak zarabiać jednocześnie na życie. Prałyśmy tak przez 10 miesięcy. Przywożono nam co drugi dzień ciężarówkę bardzo brudnej bielizny i ją prałyśmy, suszyłyśmy, prasowałyśmy. Doprowadzono nam wodę do domu z naszej studni w ogrodzie, dano nam przydział mydła i węgla. To była ciężka praca. Pracowały ze mną cztery siostry w ciągu dnia i dwie nocą.     Pewnego dnia rosyjski żołnierz nadzorujący sprawdzanie przywożonej nam bielizny usłyszał głos bijącego dzwonu. A było to na zakończenie adoracji Najświętszego Sakramentu w naszej kaplicy. Zapytał mnie, co to znaczy. Powiedziałam mu, że Pan Jezus będzie błogosławił wszystkim ludziom. Mówi mi, czy on też będzie mógł tam pójść. Odpowiedziałam, że tak, bo Pan Jezus kocha wszystkich ludzi. Kazał mi zamknąć pralnię i poszliśmy oboje do kaplicy. W kaplicy, podczas schowania Najświętszego Sakramentu stał dziwnie, sztywno wpatrując się w Jezusa Eucharystię. Gdy skończyło się nabożeństwo, wyszliśmy, wtedy on mi opowiedział o swoim życiu. Było ich trzech braci. Gdy miał 3 lata był wcielony razem z braćmi do szkoły komunistycznej gdzie Stalin formował rosyjską młodzież. Tam byli tak formowani razem z innymi chłopcami i dziewczętami, że praktycznie nie poznali świata, poza ta szkołą. A gdy rozpoczęła się wojna, dano im karabiny i powiedziano: „teraz róbcie co chcecie, bo wasze jest niebo”. Prosił mnie, czy mógłby tak przychodzić codziennie na nabożeństwo. Opowiadał, że jego rodzice modlą się codziennie, ale on nie, bo nie nauczył się w szkole Stalina. Gdy skończył to mówić, zaczął mnie prosić, czy nie mogłybyśmy go ukryć, bo on tu chce zostać. Powiedziałam mu, że to jest niemożliwe, bo władze zabiją i nas, i jego.

                                     

    Czasy powojenne na Węgrzech były bardzo trudne, bardzo brakowało nam wszystkiego. Otrzymywałyśmy pomoc materialną od naszych sióstr z Rzymu, z Ameryki przysyłano nam żywność. My również kwestowałyśmy żywność oraz materiały budowlane. Chciałyśmy odbudować nasz dom, aby wszystkie siostry mogły wreszcie zamieszkać razem we wspólnocie. Bo wiele z nas chodziło spać albo do  rodziny, albo do kogoś znajomego. Z pomocą Boga i ludzi udało nam się zbudować nowy dom. Gdy był gotowy, miałyśmy wizytę z Rzymu, ojca Generała Franciszkanów. Obejrzał miejsca, gdzie chroniłyśmy się podczas bombardowań. A były tam jeszcze ściany pokryte krwią rannych sióstr. W piwnicy został ołtarz, tabernakulum i obraz. Matka Andreja opowiadała Generałowi o wszystkich bolesnych wydarzeniach.

                                                         

Siostro, wiem, że gdy Siostra opuściła Węgry, była misjonarką w innym kraju powojennej Europy?

                                               

    Komunistyczne władze węgierskie wydały nakaz opuszczenia kraju przez wszystkich cudzoziemców. Matka Generalna (Mere Marie Margueritte du Sacre Coeur) wezwała mnie i s. Mateuszę do Rzymu.  Tam s. Mateusza otrzymała wizę, aby pojechać do swojej rodziny, która mieszkała w zachodniej części Polski, w okolicach Poznania, bliżej niemieckiej granicy. Ja nie otrzymałam wizy, bo moja rodzina była na wschodzie w okolicach Lwowa, który po wojnie należał do już Rosji (do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich). Pojechałam więc z pewną siostrą Belgijką do Belgii.

    W Belgii byłam najpierw w Gooreind (dom nowicjatu  belgijskiego), Malines, w Brukselii, w March -en- Famenne. W sumie pracowałam tam prawie 20 lat. W Brukseli miałam operowane oczy i żołądek. Wtedy mi usunięto dużo odłamków z tego bombardowania w Budapeszcie. Moją pracą było odnawianie naszych zniszczonych wojną domów, malowanie  i praca w parku.

                                                                   

Siostro, kiedy siostra przyjechała do Polski?

                                         

    Gdy byłam w Brukseli, moje rodzone siostry napisały, że mama jest bardzo chora. W momencie opuszczania Belgii s. Prowincjalna oświadczyła mi, że jeśli chcę mogę już pozostać w Polsce. Moi rodzice  w czasie wojny zostali przesiedleni na zachód Polski, w okolice Wrocławia. Tata zmarł w czasie przesiedlenia. Gdy dotarłam do rodziny, byłam z mamą  przez tydzień aż do jej śmierci. W 26 listopada1970 roku przyjechałam do wspólnoty w Warszawie. Siostra Prowincjalna, Lucyna Ignaciuk zapisała mnie na taki kurs dla opiekunek chorych u sióstr Szarytek. Potem byłam we wspólnocie w Klemensowie, w Ząbkach, w Łabuniach, w Kietrzu. W tych wspólnotach posyłano mnie na kwestę i pracowałam w ogrodzie. Następnie powróciłam do wspólnoty w Warszawie. Zaczęłam pracę jako siostra opiekunka parafialna chorych w parafii św. Katarzyny na Służewie. Z chorymi i ubogimi w parafii pracowałam przez około 30 lat. Na początku tej pracy opiekowałam się ponad 150 chorymi. To było duże terytorium od Dworca Południowego (Mokotów), część dzielnic Służew i Ursynów. Przebywałam z chorymi całe dnie w ich domach, starałam się o leki dla nich, a także załatwiałam im wiele spraw w urzędach.

                                                     

    Gdy widzimy tu, w Warszawie  Siostrę, wydaje się nam, że tworzy siostra,  jak w obrazie JEDNO z widokiem naszego ogrodu, jest jego  nierozerwalnym elementem, czy to w lecie, czy w zimie, czy świeci słońce, czy nawet pada deszcz! Od kiedy u Siostry zrodziło się takie zamiłowanie do pracy w ogrodzie? Podczas pracy w parafii Św. Katarzyny wśród chorych, prosiłam okolicznych rolników o ziemniaki i jarzyny dla moich chorych. Później oni polikwidowali swoje gospodarstwa.

    W tym czasie poznałam pana Dyrektora Wyższej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego i otrzymałam od niego pozwolenie wstępu na działki doświadczalne tej uczelni. Stamtąd brałam, ile chciałam, jarzyny dla moich podopiecznych. Do dziś Pan Dyrektor zaprasza mnie na wszystkie święta. Często otrzymuję od niego rośliny, drzewka. Teraz pracuję w ogrodzie we wspólnocie Królowej Misji. Bardzo lubię kontakt z ziemią. W ogrodzie czuję lepiej niż w domu. Jak ja pracuję, to nie czuję, że jestem chora.

                                 

Siostro, gdy tak dzisiaj wspominamy, to którą z tych misj polubiła Siostra najbardziej? Gdzie najlepiej czuła się Siostra?

                                 

Najlepiej czułam się na Węgrzech.

                                     

Mimo wojny?

                                       

Mimo wszystkiego. To był najlepszy czas.

                                             

Czy siostra odczuwa, że Duch Święty, Pan Bóg towarzyszył, pomagał Siostrze?

                                           

    Tak, pomagał zawsze i teraz pomaga tak samo. Często mówię : ”Panie Jezu, ulituj się nade mną. Ty wiesz, że muszę to skończyć, ja chcę skończyć tą pracę, a wiesz Panie Jezu, że nie mam już sił! Nieraz Mu mówię: Panie Jezu, podlej ten ogród za mnie, bo ja nie mam już sił. I On odpowiada, i pada deszcz! Naprawdę Pan Bóg mi odpowiada.

                                                         

    Siostro Franciszko, dziękuję z te piękne wspomnienia z życia siostry. Mam pewność, że ofiara siostry życia na pewno przyniosła wiele owoców w sercach tych wszystkich ludzi, z którymi dane było siostrze spotkać się lub pracować przez te 75 lat życia zakonnego.

                                       

Zebrała s. Cecylia Tymoszuk fmm, Wspólnota Królowa Misji, Warszawa

 

 

 

 

Wstecz Odsłon: 14585   

 

Twoim zdaniem


 
Dodaj komentarz
 




 
000126570
 

MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA Franciszkanki Misjonarki Maryi
Prowincja Europy Środkowo - Wschodniej
Warszawa, ul. Racławicka 14, 02-601 Warszawa,   tel. 22 8453021,  www.fmm.opoka.org.plsiostry.fmm@gmail.com
Konto bankowe: Bank PKO S.A. 32 1240 1037 1111 0000 0691 6886
Administrator: Mirosław Kuduk

Mirosław Kuduk © 2010

Profesjonalny Hosting