Languages:                   

MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA

Franciszkanki Misjonarki Maryi

Prowincja Europy Środkowo - Wschodniej

Bosna i Hercegovina Deutschland Ősterreich Magyarország
Polska Россия Slovenija Україна

Dialog międzyreligijny

Dialog międzyreligijny jest jedną z form misji ewangelizacyjnej Kościoła. ...

Historia Prowincji

Zobacz inne
 

Zobacz również

Ankieta


Czy uczestniczyliście w zorganizowanych rekolekcjach?


Nie
Tak


Głosuj     Wyniki     Inne pytania
 

Polecamy


 

         

Warszawa

Msze św. w Kaplicy
Królowej Misji

- w niedzielę: godz. 8.00
- w tygodniu: 6.30

   
Adoracja Najświętszego Sakramentu

- Pon.– Piątek godz. 7.30 – 17.00
- Sobota godz. 7.30 – 15.00
- Niedziela  godz. 11.00 – 17.00




 

Serwis osób niezalogowanych


Wspomnienia z Powstania Warszawskiego

2010-01-30 Zofia Szeptycka (M.M. Jozafata FMM)

 


 

 

Lipiec 1944 r.

 

     Z końcem lipca daje się zauważyć niezwykłe ożywienie. Armie niemieckie wycofują się. Auta wojskowe i cywilne zatarasowują ulice – ruch niezwykły, powszechny. Siostry nasze prawie już nie wychodzą z domu. Staramy się być razem na miejscu w klasztorze. W jednym z tych ostatnich dni lipca Opatrzność Boska przysyła nam nadspodziewanie nieoczekiwany zapas żywności, sposobem zaiste pełnym miłości. Siostry nasze trafiły na przymusową likwidację jednego z magazynów cukru. Ofiarowano im z tej racji pół worka cukru. Było to coś, co nam się nie przydarzyło od 1939 r. Nazajutrz wczesnym rankiem rzeźnik, którego zaledwie znałyśmy, przysłał gońca, żebyśmy prędko przyszły do niego po 50 kg mięsa przygotowanego dla wojska i dla rannych, których już nie było, bo wszyscy uciekli. Od lat dom nie miał i nie widział takich zapasów mięsa. Z trudem przynosimy je, dziękując Bogu, który wiedział, po co potrzebne nam były w tej właśnie chwili takie zapasy !

 

27, 28. VII. Co noc, a nawet w ciągu dnia mamy samoloty rosyjskie, które bombardują miasto. Porządkujemy po trochu suterenę, by w razie potrzeby można było tam zamieszkać.

 

Niedziela 30. VII. Odwiedza nas Ksiądz Proboszcz kościoła św. Michała. Jest to wizyta jakby pożegnalna.

   

Poniedziałek 31. VII.  Ponieważ wstawanie w nocy za każdym nalotem jest zbyt męczące dla Matki Prowincjalnej, jak również schodzenie do kaplicy, przenosimy M. Prowincjalną na małą trybunkę przy kaplicy. Jest ona malutka, ale wydaje się bezpieczniejsza od pokoju na I piętrze. Ostatnią rekreację mamy w przedchórzu.

   

Sierpień 1944

 

Wtorek 1. VIII. Dzień piękny, słoneczny. W ciągu dnia daje się słyszeć syrenę w sposób niezwykły. Po raz drugi w czasie Oficjum przed 17.00. Nie orientujemy się w sygnałach. Nagle ze wszech stron strzelanina, krzyki. Kule gwiżdżą: nie ma wątpliwości, że to powstanie. Po nabożeństwie przenosimy sienniki do suteren i schodzimy tam z Matką Prowincjalną. Pozostanie na piętrze jest niemożliwością ... Urządzamy ołtarz w szatni dziecinnej przedszkola i Ks. Kapelan przenosi tam Najśw. Sakrament. Zgromadzenie instaluje się w refektarzu, na korytarzu, w prasowalni i w pomieszczeniu, gdzie się zmywa naczynia. Dwie nasze siostry powstanie zastało w mieście. Jesteśmy niespokojne co się z nimi dzieje. Wieczorem wraca nasz dozorca cały we krwi. Ma przestrzelone obie ręce. Układamy go w suterenie po stronie przedszkola. Straszna noc – pożary, wokoło strzelanina.

   

Środa 2. VIII. Msza w suterenie. Pan Jezus pozostanie tam z nami do końca. Dziś Matki Bożej Anielskiej, ale niemożliwością jest pomyśleć nawet o odpustach przywiązanych do dzisiejszej uroczystości. Dzień dżdżysty, co utrudnia ogromnie walkę. Młodzież jest nieco zniechęcona z powodu braku broni i oczekiwanej pomocy. Nasza dzielnica, z wyjątkiem kilku bloków, jest już w polskich rękach. Przynoszą nam pierwszych rannych, których opatrujemy. Grupami całymi przybywają uciekinierzy, szukając u nas schronienia. Umieszczamy ich na parterze i w suterenie.

     

Czwartek 3. VIII.  Dzisiaj już nie pada, ale leje. Po raz pierwszy „tygrys”, ogromny czołg daje się słyszeć. Lufy jego wyrzucają pociski w kilku kierunkach. Nagle, ku naszemu przerażeniu, objeżdża naokoło nasz dom i staje przed kaplicą. Ale Bóg czuwa nad nami. Czołg zabiera swoich rannych i odjeżdża, nie czyniąc nam nic złego. Każdego wieczoru mamy odtąd krótkie błogosławieństwo i absolucję in articulo mortis, żebyśmy były spokojne i przygotowane na chwile niebezpieczeństwa.

   

Piątek 4. VIII. Dzień dżdżysty – zniechęcenie, panika... Na sąsiednich ulicach Ukraińcy mordują i palą wszystko wokoło. Noc straszna. Uciekinierzy napływają.

   

Sobota 5. VIII.  Ksiądz Usas, kapelan SS. Niepokalanek, nie mogąc dotrzeć do Sióstr, chroni się u nas. Mamy około 200 uciekinierów. Dajemy im 3 razy dziennie jeść i co możemy z ubrania. Jest między nimi grupa dzieci (30). Siostry zajmują się nimi, uczą je. Dwaj księża prawie stale spowiadają, chrzczą. Nadchodzą nowe przerażające wiadomości: nieprzyjaciel zbliża się... Przelatujący nad nami samolot rzuca nam granat, który robi dziurę w dachu, ale nic poza tym.

   

Niedziela 6. VIII. Noc spokojna. Rano kanonada. Pociski gwiżdżą. Nagle straszna detonacja, huk... Biegniemy zobaczyć co się stało: pocisk padł na mały domek nasz na dziedzińcu i zniszczył go prawie doszczętnie. Całe szczęście, że nie wybuchł pożar. Dzień względnie spokojny. Zaczynają mówić coś o kapitulacji. Dociera do nas pierwsza wiadomość o s. Cyryli, która miała straszne przejście.

   

Poniedziałek 7. VIII. Wiadomości nieco lepsze. Młodzież otrzymała posiłki w broni. Rano pierwsza Komunia św. jednego z przygarniętych dzieci. Dziewczynka wobec niebezpieczeństwa błagała usilnie o Komunię św. Uszczęśliwiona i uśmiechnięta, chociaż z dala od najbliższych (o matce swojej nic nie wie). Radością swoją dzieli się ze wszystkimi. Na Mszę św. ubieramy ją na biało. Wygląda jak mały aniołek. „Tygrys” szerzy straszliwe zniszczenie przez całe popołudnie.

 

Wtorek 8. VIII. Ranek spokojny. Po południu 3 „tygrysy” dają ognia. Odcinają elektryczność.

 

Środa 9. VIII.  Noc spokojna. Liczba chroniących się u nas uciekinierów dosięga 250 osób. Na Mszach św. prowizoryczna kaplica wypełniona po brzegi. O godz. 14.30 po dość długiej rekreacji w refektarzu decydujemy się na wspólne odśpiewanie nieszporów przed Najśw. Sakramentem. Ale zaledwie zaintonowano: „Deus in adiutorium meum intende...”, gdy z przerażającym hukiem nadleciały samoloty. Ziemia drży od ciężkich bombowców... Po chwili druga, trzecia... Straszliwe detonacje. Wszystko się trzęsie i kołysze... Krzyk, przerażenie, panika... Uciekinierzy nasi rzucają się do nas... Tłoczą się, niemal duszą... Chce się uciekać... Każdy instynktownie rzuca się do ucieczki, ale nie wiadomo gdzie. Poza tym nic nie widać. Wydaje się, że to nasz dom jest w tej chwili bombardowany. Ale nie, Bogu dzięki, powoli wszystko się ucisza. Celem nalotu była ulica Odyńca. W nocy niemożliwe zamknąć oczy. Siedzimy całą noc w naszej prowizorycznej kapliczce w suterenie na małych przedszkolnych krzesełkach, powtarzając akty strzeliste za każdym odgłosem przelatujących samolotów, które bombardują centrum miasta.

   

Piątek 11. VIII.  Noc ciężka. Działa bombardują miasto. W ciągu dnia „tygrys” szerzy zniszczenie. Mury drżą i zdają się rozsypywać.

   

Sobota 12. VIII. Od północy armaty rozpoczynają swoją piekielną muzykę, ale na szczęście pociski przelatują wzdłuż domu nad nami. Od świtu zaczyna „tygrys”. Wielka radość, bo to św. Klara przyprowadza nam zaginioną s. Zygmuntę, która była o krok od śmierci, ale mimo strasznych przejść udało jej się przedostać przez całą dzielnicę i dotrzeć szczęśliwie do domu. Sytuacja staje się rozpaczliwa.

 

Niedziela 13. VIII.  Dzień modlitw za nasz nieszczęśliwy kraj. Od rana trwają nieprzerwanie adoracje – kobiety i dziewczęta kolejno się zmieniają. Mężczyźni i dzieci mają wspólną adorację. Matka Prowincjalna zachęca nas do ufności i gorliwości. Podziwiamy jej ufność, pokój i męstwo. Od czasu do czasu, gdy jest nieco spokojniej, udaje się Matka na parter do przedchórza, by zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. To nas jednak niepokoi, bo nie trudno tam o wypadek. W istocie rzucił „tygrys” całkiem niespodziewanie pocisk, który padł w przedchórzu o parę kroków od miejsca, gdzie siedziała Matka Prowincjalna. Mimo bezustannej kanonady działowej w nocy, M. Prowincjalna zapewnia nas, że nigdy tak dobrze nie sypiała jak w składziku w suterenie. Jeden tylko raz na nasze usilne naleganie, kiedy niebezpieczeństwo wydawało się bliskie, Matka wstała w nocy. Dla jej prawie 80 lat nie było to rzeczą łatwą. Większość Zgromadzenia spała w ubraniu. Codziennie dla naszej pociechy wyciągała M. Prowincjalna werset z psalmów Oficjum. Wszystkie zachęcały nas do bezgranicznej ufności, a w dni, które miały być najstraszniejsze, najczęściej wyciągała Magnificat. Odmawiałyśmy je najwierniej wieczorem i z wielką wdzięcznością. Noc fatalna. Nalot i bombardowanie Okęcia. Samoloty sprzymierzeńcze spuszczają broń, z czego wywiązuje się walka powietrzna. Ponieważ nasi atakują „tygrysa”, strzelanina czołgu nie ustaje ani na chwilę. Nie ma mowy o tym, by można było usnąć choćby na moment. Nie możemy już przyjmować uciekinierów, którzy stale napływają: parter i suterena są przepełnione. Z bólem serca odmawiamy im, prosimy, by gdzie indziej szukali schronienia.

 

Wtorek 15. VIII. Wniebowzięcie NMP. Mamy trzy Msze św. Trzykrotnie nasza kaplica wypełnia się po brzegi. Mnóstwo stoi na schodach, nie mogąc się udać do kościoła parafialnego, gdyż przejście do niego należy do najniebezpieczniejszych. Żołnierze licznymi grupami przybywają na Mszę św., przystępują do Stołu Pańskiego. Z całej ich postawy przebija iście anielska pobożność. Biedne dzieci ci „nasi chłopcy...”. Tak młodzi, niewinni, tak pełni zapału i poświęcenia. Zamykają nam wodę, a tym samym nie można gotować na płycie. Mała kuchenka była w domku na dziedzińcu, ale uległa niestety zniszczeniu. Musimy się z konieczności zadowolić małym żelaznym piecykiem w prasowalni i nosić wodę ze studni, która na szczęście mamy na dziedzińcu. Wraca s. Cyryla. Jakaż to radość ! Miała być żywcem spalona, a wraca żywa i zdrowa.

   

Czwartek 17. VIII. Noc dość spokojna, podobnież dzień. Rozpoczynamy nowennę do Matki Boskiej Częstochowskiej. Otwierają wodę.

 

Piątek 18. VIII. Noc bardzo niespokojna. Dniem „tygrysy” szerzą spustoszenie. U naszych sąsiadów odłamek pocisku zabija ojca rodziny. Staramy się pocieszyć i uspokoić zbolałą wdowę.

     

Sobota 19. VIII.  Wstajemy o 4-tej. Pociski padają wprost na nas. Księża z trudnością kończą Mszę św. Dom się trzęsie, pociski pękają. Co za piekielny hałas ! Modlimy się nieprzerwanie. Spowiedzi bardzo liczne. Mały żołnierzyk, jeden z „naszych chłopców” przesadza mur w ogrodzie, biegnąc pod kulami: „Siostro, siostro, gdzie jest kaplica? Chciałem się wyspowiadać”.

   

Niedziela 20. VIII.  Trzy Msze św. – dzień modlitw, ubłagania. Czynimy gwałt niebu. Dzieci modlą się serdecznie, gorąco, cisną się do samego ołtarza. Czują się tam bezpieczniej. Pożary, walka wokoło...

   

Poniedziałek 21. VIII. Msza św. w intencji ubłagania pomocy Najśw. Panny. Zaczyna braknąć odwagi. Najczarniejsze wieści dochodzą ze wszech stron. Katedra runęła. Pożary otaczają nas kołem. Żadnej znikąd pomocy. Chłopcom brak broni. W ciągu dnia kule „tygrysa” i pociski wszelkiego rodzaju zasypują nas i tuż obok domu wybuchają. W nocy przynoszą nam ciężko ranną kobietę, która umiera. Ponieważ mamy formę do pieczenia opłatków i trochę białej mąki, przygotowujemy hostie dla wszystkich sąsiednich kaplic, które nie mają sposobu zdobyć ich. Co za pociecha, że możemy to ułatwić !

     

Wtorek 22. VIII.  Wczesnym rankiem przynoszą ranną. Księża dysponują ją na śmierć, która przychodzi wieczorem. Grzebiemy ja w chwili spokojniejszej w ciągu dnia w naszym ogrodzie. Zapasy bardzo szczupłe żywności zaczynają się wyczerpywać. Były one niewielkie, a nikt nie przewidywał, że trzeba będzie gotować na 300 osób. Robactwo nam dokucza, a nie ma sposobu zaradzić na to, bo niektórzy z uciekinierów są zawszeni. Nie ma mowy o myciu, a wszyscy sypiamy w ubraniu. Pralnia działa, borykając się z nadzwyczajnymi trudnościami (brak wody, miejsca na suszenie, ciągła strzelanina), a wszyscy nasi uciekinierzy, jak się okazuje, obfitują w robactwo.

     

Środa 23. VIII. Kanonada jak zwykle. Po południu olbrzymi pocisk uderza w nasz dom na wysokości drugiego pietra, właśnie nad naszą obecną prowizoryczną kaplicą, ale znacznie wyżej. Robi potężny wyłom w ścianie, niszczy korytarz. Wstrząs przerażający – ogólna panika. A oto nagle zaczyna po schodach lać się z góry woda. Niebawem napełnia naszą obecną kaplicę. Panika wzrasta: dzieci krzyczą, rodzice - i w ogóle dorośli - cisną się przy klauzurze zamiast iść i ratować. Zamykamy prędko wodę, ale to nic nie pomaga. Woda w kaplicy podnosi się z przerażającą szybkością. Czy ulegniemy zatopieniu jak tyle innych domów ? W końcu wyjaśnia się tajemnica: kaloryfery uległy uszkodzeniu – stąd przyczyna potopu. Z trudnością udało nam się obniżyć poziom wody i zatrzymać z Bożą pomocą zagrażającą katastrofę. Po raz pierwszy nowy rodzaj broni szerzy spustoszenie: to miotacze min i ognia przerażają nas swoim „kręceniem”, po którym następuje 6 po sobie kolejno wybuchających detonacji i 6 straszliwych wstrząsów. Szyby latają w powietrzu, drzwi wypadają z zawiasów, futryny wala się na korytarzu, łóżka spacerują jak w czasie trzęsienia ziemi. Te straszliwe potwory noszą powszechnie przyjętą nazwę „krów”, chociaż w niczym nie przypominają naszych poczciwych żywicielek o dobrych, łagodnych oczach. Samoloty bombardują parafialny nasz kościół św. Michała i poważnie uszkadzają go. Noc spędzamy na ławach modląc się.

   

Czwartek 24. VIII.  Nic szczególnego. Opowiadają, że dom SS. Niepokalanek, naszych sąsiadek uległ spaleniu, a szpital Sióstr Elżbietanek na pół zburzony.

   

Piątek 25. VIII.  Od północy pojedynek artylerii rosyjskiej z Pragi, która została zdobyta, z Niemcami. Cała akcja odbywa się nad naszymi głowami. Około południa „krowa” znów szerzy spustoszenie. Resztki naszych szyb wypadają. Jeden z zapalających pocisków pada na sąsiednią fabrykę Makarewicza, a drugi o kilka metrów dalej na fabrykę chemiczną. Obie naprzeciwko nas od strony Misyjnej. W mgnieniu oka cała fabryka stanęła w płomieniach, a ponieważ miała zapasy węgla, smoły, benzyny itd. płomienie wzbijały się coraz wyżej, detonacje jedne po drugich i to tuż przy nas ! Pożar trwa całą noc. nasze okna szeroko otwarte, a raczej wyrwane, sprawiają nam wiele niepokoju, ale i tym razem Pan Jezus nas strzeże, cudownie ochrania.

 

Sobota 26. VIII. Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej. Ach, jak gorąco błagamy o pomoc naszej słodkiej Królowej nieba! Z rana już od Mszy św. zaczynają grzmieć działa. Dzień jednak jest możliwy, ale noc bardzo zła.

   

Niedziela 27. VIII. Dzień straszny. Od rana miotacze ognia zaczynają swoje niszczycielskie dzieło. Pożary srożą się wokoło, a kiedy ludność rzuca się, by je gasić, zjawiają się samoloty i sieką tych nieszczęśliwych nieprzerwanym ogniem karabinów maszynowych. Pociski ze złowieszczym świstem lecą z góry jak grad piekielny. A dwie siostry wyszły tylko co do sąsiedniej piekarni w nadziei, że może uda się zdobyć nieco chleba. Dzięki Bogu, ukryte za murem wróciły całe i zdrowe. Zdobycie żywności przedstawia niemałe trudności. Pomaga nam nieco Komitet jak również sąsiedzi. Uciekinierzy przynoszą również co mogą, zdobywając to trochę z narażeniem życia. Mamy jeszcze mały kawałek pola z kartoflami, o trzy ulice od nas, ale jak tam dojść ? Nadszedł dzień, w którym trzeba było jednak tam się udać. Dwie siostry i dwie kobiety z naszego schronu, idąc wzdłuż murów, poprzez rowy i barykady, dotarły do pola i tam na kolanach darły kartofle rękami i wracały biegiem, skulone we dwoje, z workiem na plecach. Na nieszczęście połowa kartofli była już wykopana. Zrobili to na pewno głodni...

   

Odczuwa się palący brak wody, a nasza studnia zaczyna już wysychać. Cała niemal dzielnica w chwilach spokojniejszych przekrada się do nas po wodę. Od wczesnego ranka wywiązuje się prawdziwa wojna, by zdobyć najniezbędniejsza dla nas ilość wody i utrzymać jaki taki porządek w tłumie, który kłóci się między sobą, usiłując zdobyć nieco wody. Kanalizacja również nie funkcjonuje. Trzeba więc kopać w ogrodzie doły i to bardzo szybko, gdyż nie wiadomo, jak długo potrwa tam względny spokój.

   

Nasze siostry ogrodniczki dają dowody niezwykłej odwagi, udając się w głąb naszego ogrodu, zresztą niewielkiego, by zebrać owoce lub wykopać resztę kartofli, a nie można tego robić bez narażenia w każdej chwili własnego życia. A właśnie tego pamiętnego 26. VIII. po południu padł w naszym ogrodzie o 30 kroków od domu zapalający pocisk. Wstrząs straszliwy ! Gęsty dym w jednym mgnieniu oka napełnił ogród. Zrobiło się ciemno, mimo że piękne słońce oświecało ziemię. Przerażenie ogromne, gdyż w pierwszej chwili niemożliwe było zorientować się, gdzie padł pocisk i czy to nie jest pożar domu. Nie, to są drzewa w ogrodzie. One stały się pastwą niszczycielskich płomieni i w jednej chwili zielony owocujący ogród zamienił się w martwą popielistą pustynię.

   

Poniedziałek 28. VIII. Noc spędzamy na ławach i dziecinnych krzesełkach na korytarzu. Msza św. w intencji zachowania domu od zniszczenia. Chwilami wydaje się, że dom się nie oprze, że musi runąć. Przez cały dzień „krowa” wścieka się na nas. Opowiadają, że Siostry Nazaretanki na Czerniakowskiej były podobno oblegane i zdobyte przez naszych chłopców. Biedne !

   

Wtorek 29. VIII. Od rana działa i „krowy” biorą na cel szpital SS. Elżbietanek. Około południa nadbiegają nam powiedzieć, że szpital SS. Elżbietanek runął i że za kilka minut rannych, którzy żyją przyniosą do nas. Była to jedna z najstraszniejszych dla naszej ufności chwil ! Szpital u nas – to pewność, że nazajutrz będziemy bombardowane i podzielimy los SS. Elżbietanek. A gdzie pomieścić 250 uciekinierów ? Ze łzami uciekamy się do mocy św. Józefa. A oto przynoszą nam już tych biednych rannych. Czarni są, na pół żywi, na pół ubrani: mężczyźni i kobiety. Żadnego przy nich lekarza, tylko jakiś impertynencki kapral, który obchodząc klauzurę decyduje, że musimy zewsząd ustąpić, pozostając jedynie na korytarzu lub w refektarzu i to musi dla nas wystarczyć ! Św. Józef czuwa ! Pozbywszy się kaprala znosimy nasze łóżka, odstępujemy połowę naszych sienników (odtąd 3 siostry śpią na jednym sienniku). Nasi uciekinierzy przerażeni widokiem rannych i żołnierzy rzucili się do ucieczki w przekonaniu, że nic już teraz domu nie uratuje.

 

Sutereny opróżniają się do połowy, umieszczamy więc tam rannych, a Najśw. Sakrament przenosimy do refektarza. Nareszcie koniec z przenoszeniem. Matka Prowincjalna udaje się na adorację. My kończymy porządkowanie. Boże Święty ! Oto miotacz znów „kręci”... Jeden... dwa... trzy ... – sześć straszliwych wstrząsów, wszystkie miny padają na nas. Resztki okien wypadają, szafy przewracają się na rannych, dzieci krzyczą, chorzy wzywają nas na pomoc, inni chcą uciekać. Gęsty kurz napełnia powietrze. Nic nie widać – dusimy się. Matka Prowincjalna słyszą „nakręcanie” miotacza ma tylko tyle czasu, by schylić głowę i ukryć twarz. Padają na nią wszystkie rozbite szyby, ale na szczęście nic się złego nie stało. Jedna z sióstr widząc co się dzieje, rzuca się na Matkę Prowincjalną, żeby ją zasłonić, ale w rezultacie zamiast pomóc płacze i krzyczy. Nareszcie wszystko się uspokaja. Z głęboką ku Jezusowi wdzięcznością stwierdzamy, że nikt nie odniósł poważniejszej rany: chorzy i dzieci doznali zadraśnięć, ale dom stoi jak przedtem, tylko fabryka znów w ogniu. Najśw. Sakrament trzeba przenieść w bezpieczniejsze miejsce, ale gdzie takiego szukać ? Wybieramy korytarz w suterenie i tam pozostanie z nami Jezus do końca, dzieląc z nami życie dniem i nocą, otoczony miłością i ufnością tak wielką, do jakiej biedne ludzkie serca są zdolne (Duży promienisty, namalowany na ścianie krzyż zaznacza do dzisiaj miejsce, gdzie stał ołtarz - dopisek maszynistki). Spędzamy więc noc na korytarzu z naszym Boskim Zbawcą. Adoratorki dniem i nocą zmieniają się kolejno u Jego stóp.

   

Gdy dzień jest nieco spokojniejszy pracujemy, jemy i śpimy w refektarzu, ale w chwili, gdy niebezpieczeństwo staje się groźniejsze, chronimy się na korytarz, gdzie czujemy się bezpieczniejsze przy naszym małym ołtarzyku. Tylko nasi dwaj Mojżesze: M. Teresa i S. Marta nie są w stanie opuścić swych łóżek, a S. M. Sława z wielkim poświęceniem pozostaje z nimi, by im pomagać, chociaż sama ma nogę w gipsie. Ileż razy łóżka naszych drogich chorych były pokryte szkłem, cegłami, odłamkami jeszcze gorących pocisków, które nie wyrządziły im najmniejszej krzywdy ! Strząsano kołdrę i wszystko było skończone. Nasze biedne Siostry kucharki muszą teraz gotować o 2 po północy, w ciągu dnia bowiem widok dymu ściąga samoloty i bombardowanie.

 

O 4 rano znów cała grupa udaje się po wodę, dopóki jest jeszcze ciemno i zanim ludzie przyjdą do studni. Studnia na domiar wszystkich trosk i braków wysycha. Po całonocnej przerwie zaledwie kilka pełnych wiader wyciągnie się na raz. Wieczorem, około 9-10-tej biegnie się znowu po wodę, ale tym razem połączone to jest z większym niebezpieczeństwem. Niejednokrotnie w czasie tych wypraw po wodę nieprzyjaciel oświetlił ogród albo co gorsza zaczynał strzelać i kule jak jasne, złociste gwiazdeczki płynęły nieprzerwanym sznurem, a wtedy pozostawiając wiadra trzeba umykać do domu i kryć się za ściany. Uciekinierzy nasi uciekli, to prawda, ale zostały dzieci i starcy, i musimy gotować i prać dla rannych i dla szpitalika z naprzeciwka, co daje w sumie znów poważną liczbę 300 osób. Co więcej, odtąd dwie siostry muszą stale dyżurować przez całą noc, gdyż wszystkie drzwi i bramy są zniszczone, a jedyna brama cała i nieuszkodzona musi pozostać przez całą noc otwarta ze względu na rannych oraz lekarzy, którzy chodzą między jednym a drugim szpitalikiem. Chleb dzieli się na porcje. Na obiad mamy już tylko coraz rzadszą i w dodatku prawie postną zupę. Nic dziwnego, że przy takim stanie rzeczy zaczynają wszyscy padać z osłabienia.

   

Środa 30. VIII. Od świtu opuszczają nas obaj księża. Ksiądz Kapelan obiecuje wrócić. Wszyscy są przekonani, że jesteśmy skazane na zagładę, ale my powtarzamy z ufnością: „In te, Domine, speravi !” Ksiądz Kapelan wraca rano dla odprawienia Mszy św., ale zaraz potem wraca do kościoła św. Michała, który ma być lepszym od naszego domu schronem. Rano pocisk z miotacza pada w naszym ogrodzie, drugi kończy ruiny domku na dziedzińcu. Pociski raz po raz wybuchają w naszym ogrodzie, który przedstawia opłakany widok. Nadlatują nieprzyjacielskie samoloty i wywiązuje się straszliwa powietrzna walka z samolotami rosyjskimi.

     

To wszystko dzieje się nad naszymi głowami. Odtworzyć tę piekielną scenę jest niemożliwością. Ma się pewność, że przechodzi ona wszelkie okropności. W nocy zaczynają grzmieć działa. Niektóre wstają, żeby się modlić, drugie umęczone śpią snem sprawiedliwych. Nagle „krowa” zaczyna „kręcić” i w tej samej chwili dzieje się coś niesłychanego: wszystko leci, pada, przewraca się, fruwa, światło gaśnie, dom zda się zawalać... Jakiż przestrach ! A światła nie można zapalić, żeby się przekonać co się stało wewnątrz domu, zanim nie zabezpieczy się okien, zawieszając je resztkami porwanego papieru i podartymi dywanami. Wszystko gotowe. Prędko do rannych, potem do Matki Prowincjalnej... Nikt nie został zabity, ani nawet ranny... Dzięki Ci, Boże ! Nazajutrz Pan Jezus chce nam pokazać namacalnie cud tej nocy. Przypominamy sobie, że na strychu jest jeszcze trochę fasoli, schowanej w żelaznym rezerwuarze do wody, obecnie nieczynnym. Trzeba ja znieść. Biegniemy na strych i cóż tam widzimy ? Połowa dachu znikła, a w rezerwuarze obok worka z fasolą spoczywa spokojnie olbrzymi pocisk miotacza min, który wystarczyłby, by zniszczyć połowę domu; próżny jest częściowo, ale nie wybuchł całkowicie.

 

Uniósł połowę dachu, potem położył się spokojnie, nie czyniąc krzywdy naszej fasoli ! Jak po tym wszystkim nie zdać się na Opatrzność, nie zaufać Jej całkowicie ? Ksiądz Kapelan znów nas opuszcza po Mszy św. Następuje złowieszcze milczenie albo raczej cisza, która nic dobrego nie wróży. Mówią o ultimatum, o strasznym bombardowaniu. Matka Prowincjalna zachęca nas, żebyśmy się ukryły pod płaszcz Maryi Niepokalanej, u stóp Jej Syna.

 

Nawet w tak straszliwych przeżyciach, jakie stały się naszym udziałem w ciągu tego długiego miesiąca, zdarzały się zabawne momenty. S. M. Majola, która tej nocy pamiętnej spała „uczciwie”, rozbudzona z głębokiego snu przez miotacza min, zerwała się na równe nogi i rzuciła się do ucieczki, ale nie mogąc trafić do drzwi refektarza, rzuciła się do okienka, którym normalnie podaje się posiłki do refektarza, przewracając po drodze parawan. „Ratunku – wołała – refektarz zawalony, zasypało mnie, jestem żywcem pogrzebana ! Pomóżcie mi !” Nadbiegają siostry: „Ależ Siostro, proszę wyjść drzwiami. To daleko prostsze niż gramolenie się oknem”. „Nie, nie – to niemożliwe ! Drzwi są zasypane. Ratunku ! Proszę mi pomóc !” Ponieważ S. M. Majola jest dość wysoka, a wszędzie panowały ciemności, nie było rzeczą łatwą wydobycie jej z rzekomo zawalonego refektarza, gdyż nie udało się jej przekonać, by wyszła drzwiami, bo to było o wiele prostsze. Śmiejąc się serdecznie, mimo co przeżytego przerażenia, pomogłyśmy jej wyjść okienkiem.

   

1 |2|

 

 

 

 

Wstecz Odsłon: 13369   

 

Twoim zdaniem


 
Dodaj komentarz
 




 
000127108
 

MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA Franciszkanki Misjonarki Maryi
Prowincja Europy Środkowo - Wschodniej
Warszawa, ul. Racławicka 14, 02-601 Warszawa,   tel. 22 8453021,  www.fmm.opoka.org.plsiostry.fmm@gmail.com
Konto bankowe: Bank PKO S.A. 32 1240 1037 1111 0000 0691 6886
Administrator: Mirosław Kuduk

Mirosław Kuduk © 2010

Profesjonalny Hosting