Languages:                   

MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA

Franciszkanki Misjonarki Maryi

Prowincja Europy Środkowo - Wschodniej

Bosna i Hercegovina Deutschland Ősterreich Magyarország
Polska Россия Slovenija Україна

Duch Święty w naszym życiu

       Zadaniem Ducha Świętego jest uświęcenie człowieka jak również jego naturalnego i społecznego środowiska. ...

Działalność misyjna

Zobacz inne
 

Zobacz również

Ankieta


Czy uczestniczyliście w zorganizowanych rekolekcjach?


Nie
Tak


Głosuj     Wyniki     Inne pytania
 

Polecamy


 

         

Warszawa

Msze św. w Kaplicy
Królowej Misji

- w niedzielę: godz. 8.00
- w tygodniu: 6.30

   
Adoracja Najświętszego Sakramentu

- Pon.– Piątek godz. 7.30 – 17.00
- Sobota godz. 7.30 – 15.00
- Niedziela  godz. 11.00 – 17.00




 

Serwis osób niezalogowanych


Dialog życia z wyznawcami islamu

2010-02-02 s. Anna Siudak FMM

 


 

 

    Dialog życia jest podstawą formą dialogu, który Kościół katolicki prowadzi z innymi religiami. W dialogu codzienności uczestniczyłam będąc posłana przez moje Zgromadzenie Franciszkanek Misjonarek Maryi (FMM) do pracy w Afryce Północnej. W skład naszej prowincji północnoafrykańskiej wchodzi Algieria, Tunezja i Libia. Najdłużej byłam w Libii. Moje świadectwo będzie dotyczyć przede wszystkim tego kraju.

   

Misja Franciszkanek Misjonarek Maryi w Libii

   

     Pierwsza fundacja sióstr FMM w Libii założona została w 1925 r. Libia była w tym czasie kolonią włoską. Siostry prowadziły żłobek, sierociniec i szkołę dla dzieci włoskich oraz przychodnię zdrowia dla Libijczyków. Od samego początku miały kontakt z tubylcami odwiedzając ich chorych, rodziny oraz obozy Beduinów. Z czasem fundacja rozrosła się. Siostry wybudowały kościół poświęcony Matce Bożej oraz szkołę. Po drugiej wojnie światowej, gdy Włosi wycofali się z Libii ich miejsce zajęli Anglicy i Francuzi. W 1951 r. Libia uzyskała niepodległość i stała się monarchią pod rządami króla Indrisa I. Dzieci włoskie z sierocińca zostały wysłane do Włoch. W 1960 r. siostry przejęły prowadzenie szkoły wybudowanej przez Włochów, gdzie było kilka tysięcy uczennic, a wśród nich Libijki. W szkole oprócz zwyczajnej nauki siostry organizowały kursy kroju i szycia, pisania na maszynie, językowe.

   

     Gdy w 1 września 1969 r. do władzy doszedł pułkownik Muammar Kadafi Libię w pierwszej kolejności musieli opuścić wszyscy Anglicy i Amerykanie, a następnie Włosi. Wyjątkiem były włoskie siostry FMM, którym przydzielono nowy dom przy ul. Ben Aszur. Kościół sióstr został zamieniony na bibliotekę, a budynki szkoły na szkołę islamiczną i biura ministerstwa zdrowia oraz spraw socjalnych. Siostry z pierwotnego „getta”, gdzie wszystkie dzieła miały w obrębie klasztoru, zostały zaproszone, by żyć i pracować razem z Libijczykami. W zamian za budynki klasztorne otrzymały domy w różnych dzielnicach Tripolisu.

   

     Gdy w 1979 r. nastąpiła militaryzacja kraju wszystkie szkoły zamieniono na „collegia wojskowe”, obowiązkowe dla chłopców i dziewcząt. Inne szkoły zostały zamknięte. Dlatego siostry pozostawiły szkołę i rozpoczęły pracę w Centrum dla upośledzonych dzieci, w leprozorium, w szpitalu dziecięcym oraz w więzieniu dla kobiet, gdzie większość stanowiły samotne matki. W Libii cudzołóstwo jest karane dożywociem i jedyną możliwością wyjścia z więzienia jest propozycja wyjścia za mąż. Siostry prowadziły dla tych dziewcząt różne kursy, by dać im większą szansę wyjścia na wolność poprzez praktyczne przygotowanie ich do obowiązków matki i żony.

   

Moja misja w Libii

 

     Kiedy przybyłam do Libii (1989 r.) Pułkownik Kadafi obchodził 20-lecie objęcia władzy. Miałyśmy już tylko dwie wspólnoty w Tripolisie, w których było 10 sióstr z 7 narodowości. Każda z nas pracowała gdzie indziej. Było to bardzo trudne doświadczenie, ale mimo zmniejszonej liczby sióstr miałyśmy szeroki zasięg kontaktów z Libijczykami.

     Dialog życia z wyznawcami islamu polegał na życzliwym obcowaniu z nimi w dzielnicy w której mieszkałam czy w pracy. Opierał się przede wszystkim na naturalnej ludzkiej solidarności i codziennych kontaktach w duchu tolerancji oraz wysiłku zrozumienia naszych odrębności. Znając islam tylko z mediów, przekazujących tę religię w najbardziej negatywnych przejawach jakie reprezentują ugrupowania fundamentalistyczne, już od pierwszych dni odkrywałam, że to jest bardzo krzywdzące dla tych ludzi, wśród których żyłam.

   

     Mój obraz wyznawców islamu był też inny niż moich rodaków, których były tysiące na kontraktach w Libii. Im najczęściej pozostał uraz po źle funkcjonującej administracji, morderczym klimacie, odizolowanych od osad tubylców obozach pracy, pustynnych krajobrazach wzmagających nostalgię za krajem i rodziną oraz Libijczykach, którzy strasznie opornie wdrażali się do pracy. Nic dziwnego, bo cel naszych misji był skrajnie różny.

 

     Nie pracowałam na kontrakcie. W moim zakładzie pracy, w Centrum dla Sparaliżowanych Dzieci w Tripolisie byłam sama jako Europejka i chrześcijanka. Zarabiałam tyle co Libijczycy. Mieszkałam w jednej z ich dzielnic, w domu połączonym trzema ścianami i tarasem z innymi. Pracując z wyznawcami islamu miałam wolne od pracy piątki i wszystkie muzułmańskie święta. I zawsze miałam problem czy iść czy nie iść do pracy, bo ich początek zależał od faz księżyca. Każdego roku podziwiałam delikatność mojego dyrektora muzułmanina, Abdu Salama, który zawsze pamiętał, by mi dać dni wolne w Boże Narodzenie i w Wielkanoc.

   

      Reprezentowałam religijną i narodową mniejszość, a moja rola sprowadzała się do służby. Zawód pielęgniarki bardzo mi ją ułatwiał. Sytuacja w pracy mile mnie zaskoczyła. Znalazłam się w wielkiej, solidarnej rodzinie. Z wyjątkową troską zajmowano się tu chorymi dziećmi i wszystkim zależało również na moim dobrym samopoczuciu. Nie czułam się w pracy ani wyobcowana, ani zagrożona, ale wręcz przeciwnie – znalazłam się w gronie oddanych przyjaciół. Mój dyrektor chciał bym ciągle przebywała z dziećmi. Nie mogłam często zrobić nawet koniecznych rzeczy w gabinecie pielęgniarskim, bo zawsze mnie stamtąd wzywał. Kiedyś trochę zdenerwowana zwróciłam mu uwagę, że jak będę stale przebywać z dziećmi, to zaczną myśleć, wartościować, zachowywać się tak jak ja, po chrześcijańsku. On ze stoickim spokojem wyznał, że właśnie o to mu chodzi.

 

     Jego zachowanie często wprowadzało mnie w zdumienie. Pierwszego dnia w pracy oddał mi do dyspozycji klucze do apteki i magazynów, których nie powierzał nikomu innemu. Jego zaufanie jakim mnie darzył mobilizowało mnie do tego, by go nie zawieść. Z takim samym zaufaniem powierzał mi chore dzieci, co było najsilniejszym bodźcem, by szybko nauczyć się arabskiego i nie popełnić jakiegoś błędu, gdyż na początku nie rozumiałam do końca ich języka.

   

      Szczytem delikatności i wyjścia mi naprzeciw było uroczyste obchodzenie w pracy Nowego Roku. Dyrektor uważał, że skoro od narodzenia Jezusa chrześcijanie zaczęli odliczać czas, to znaczy, że jest to najlepszy dzień świętowania Jego narodzin. Była tego dnia choinka, prezenty dla dzieci, europejskie słodycze i inne smakołyki. Było to największe święto jakie obchodziliśmy wspólnie w pracy, ponieważ swoje muzułmańskie obchodzili w rodzinach.

 

     Dzieci po miesiącu zorientowały się, że nie jestem muzułmanką. Większości z nich, tak jak i dorosłym to nie przeszkadzało. Prowadziliśmy ciągle rozmowy na tematy religijne, a szczególnie dotyczyły one naszych różnic i osoby Jezusa. W Libii jest zabroniona oficjalna ewangelizacja, ale nie było dnia, żeby mi nie stawiano pytań odnośnie mojej wiary. Osobiście nie zaczynałam tych rozmów pierwsza, zawsze odpowiadałam tylko na stawiane pytania.

     

      Codziennie więc, bez znudzenia musiałam im opowiadać jak wierzę, jak się modlę, jak poszczę, co uważam za dobre, a co za złe. Odpowiadając setki razy na te pytania, byłam zmuszana autentycznie żyć moją wiarą i stale się nawracać. Będąc wśród muzułmanów, którzy bardzo rygorystycznie praktykują swoją religię nie można pozostać oziębłym. Kontakt z nimi na to nie pozwala. Poznałam licznych chrześcijan, którzy dzięki muzułmanom ponownie nawrócili się na swoje chrześcijaństwo i zaczęli je gorliwie praktykować.

   

     W Libii wszyscy cudzoziemcy pracujący na kontraktach czy pracownicy ambasad jeżeli byli chrześcijanami nie mieli żadnych problemów, by praktykować swoją religię. A wręcz przeciwnie, wszędzie gdzie byli udostępniano im pomieszczenia do sprawowania Eucharystii. W Libii funkcjonowały tylko dwa kościoły – budynki, zaś Kościół żywy – chrześcijanie wszystkich narodowości - był rozsiany po całym kraju i księża musieli do nich dojeżdżać. Libijczycy bez problemu udostępniali im różne miejsca, gdzie mogliby się modlić. Z okazji wielkich świąt księża dostawali specjalne bilety na samolot, by dotrzeć do jak największej liczby wiernych.

 

Dialog międzykulturowy

 

     W mojej pracy miałam możliwość dzięki dorosłym, a szczególnie dzięki dzieciom, wchodzić w tajniki języka arabskiego, ich zwyczajów i tradycji. W miesiącu postu w Ramadan, pracowałam zawsze po południu, by odciążyć tych, co pościli i panie, które przygotowywały ramadanową kolację. Nikt się nie gorszył, że nie poszczę jak oni, ale wręcz przeciwnie młodsze dzieci (post obowiązywał od 10 roku życia) dawały mi część ze swojego podwieczorku, bym miała siły bawić się z nimi, a panie zapraszały do kuchni, bym oceniła smak potraw przygotowywanych na kolację. Te ramadanowe popołudnia były okazją, by zaprosić dzieci chrześcijańskie, które katechizowałam w kościele do zabawy z dziećmi muzułmańskimi. Dyrektor sprzyjał takim kontaktom, dzięki którym dzieci się nawzajem poznawały, odkrywały i miały okazję się zaprzyjaźnić.

   

     Dzieci muzułmańskie były dla mnie wyjątkowo wyrozumiałe. Jak czegoś nie rozumiałam po arabsku odgrywały mi scenki, bym mogła zrozumieć słowo czy sytuację. Czuły się dowartościowane, że mogą uczyć dorosłą osobę, a ja z tego obficie korzystałam. Rewanżowałam się za to ucząc ich w wolnych chwilach tabliczki mnożenia i pomagając rozwiązywać zadania matematyczne. Wiedząc, że jestem chrześcijanką niczego mi nie narzucały. Nie prosiły o pomoc w nauce Koranu. Pomagałam im w czytaniu innych książek, ale nigdy Koranu.

     

     Najbardziej wzruszające były dla mnie momenty, kiedy dzieci próbowały przekroczyć swoje zwyczaje, by mi okazać np. wdzięczność. W krajach muzułmańskich na mamę i tatę dzieci mówią „moja mamo” i „mój tato” i są to słowa zarezerwowane tylko dla rodziców. Nie nazywa się tak innych osób. Dlatego byłam często mile zaskoczona, jak któreś z dzieci, by mi w jakiś szczególny sposób podziękować mówiły po cichu do mojego ucha umij („moja mamo”).

   

      W islamie istnieje prawo zemsty („oko za oko, ząb za ząb”) i było wszechobecne wśród dzieci, z którymi pracowałam mimo ich kalectwa. Rozmawiałam z nimi wiele na ten temat i po jakim czasie wprowadziliśmy wzajemne przepraszanie i pojednanie, które kończyło konflikt i zapobiegało zemście. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie, że muzułmańskie wychowawczynie podjęły ten nowy zwyczaj. Sprawiało mi wielką radość, gdy widziałam jak wyręczały mnie w godzeniu zwaśnionych stron. Dialog życia miał to do siebie, że to co dobre i wartościowe było przez obie strony podejmowane bez uprzedzenia, że traci coś na tym własna tradycja.

   

Najgłębszy sens mojej misji

   

      Kiedyś pod koniec miesiąca Ramadan mój dyrektor Abdu Salam miał zawał serca i w ciężkim stanie znajdował się na intensywnej terapii. Było to akurat w czasie, gdy po raz pierwszy przeżywałam swój głęboki kryzys dotyczący sensu mojej misji. Byłam zmęczona bardziej niż muzułmanie postem i nocnym życiem towarzyskim, które wyjątkowo kwitnie podczas tego miesiąca. I gdy przyszłam jak zwykle na popołudniową zmianę szofer i jedna z pielęgniarek oznajmili mi, że Abdu Salam chce mnie widzieć. Proponowali, żebym pojechała z nimi do niego do szpitala. Byłam strasznie zdziwiona. Po pierwsze nikogo się nie wpuszcza na salę intensywnej terapii, a po drugie byłam obcą kobietą i nie miałam prawa ani go odwiedzić, ani z nim rozmawiać poza zakładem pracy. Mogła to zrobić tylko jego matka, żona i córki.

 

      Według ich zwyczajów było to niemożliwe i niewskazane. Ale skoro Abdu Salam prosił, pojechałam. Specjalnie zaangażował Najmę, jedyną pielęgniarkę Libijkę (w krajach muzułmańskich najczęściej mężczyźni są pielęgniarzami), bym według zwyczaju miała kobiece towarzystwo. Nie wszystkie zwyczaje po drodze dało się pominąć. Najma umiała iść przez życie przebojem, więc w taki sam sposób doprowadziła mnie, mimo niekończących się po drodze przeszkód, do łóżka Abdu Salama. Był kompletnie zmieniony chorobą, że go nie poznałam. Był w stanie agonalnym. Gdy mnie zobaczył rozpłakał się i poprosił, bym się z moimi siostrami modliła za niego. Miał 44 lata i ośmioro dzieci. Nigdy się tak gorliwie nie modliłam jak po powrocie ze szpitala. Abdu Salam zaś bardzo szybko powrócił do zdrowia i często dawał mi odczuć, że to dzięki naszej modlitwie. Jego przypadek pomógł mi raz na zawsze pokonać kryzys sensu mojej obecności i misji wśród wyznawców islamu.

 

1 | 2 | 3 |

 

 

 

 

Wstecz Odsłon: 9720   

 

Twoim zdaniem


 
Dodaj komentarz
 




 
000127107
 

MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA Franciszkanki Misjonarki Maryi
Prowincja Europy Środkowo - Wschodniej
Warszawa, ul. Racławicka 14, 02-601 Warszawa,   tel. 22 8453021,  www.fmm.opoka.org.plsiostry.fmm@gmail.com
Konto bankowe: Bank PKO S.A. 32 1240 1037 1111 0000 0691 6886
Administrator: Mirosław Kuduk

Mirosław Kuduk © 2010

Profesjonalny Hosting