Languages:                   

MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA

Franciszkanki Misjonarki Maryi

Prowincja Europy Środkowo - Wschodniej

Bosna i Hercegovina Deutschland Ősterreich Magyarország
Polska Россия Slovenija Україна

Ewangelizacja po franciszkańsku

    Reguła Braci Mniejszych zaczyna się od „zachowywania Świętej Ewangelii”. Kiedy pytam się siebie, jak naprawdę wygląda ewangelizacja ...

Listy i świadectwa

Zobacz inne
 

Zobacz również

Ankieta


Czy uczestniczyliście w zorganizowanych rekolekcjach?


Nie
Tak


Głosuj     Wyniki     Inne pytania
 

Polecamy


 

         

Warszawa

Msze św. w Kaplicy
Królowej Misji

- w niedzielę: godz. 8.00
- w tygodniu: 6.30

   
Adoracja Najświętszego Sakramentu

- Pon.– Piątek godz. 7.30 – 17.00
- Sobota godz. 7.30 – 15.00
- Niedziela  godz. 11.00 – 17.00




 

Serwis osób niezalogowanych


Wolontariat na Madagaskarze

2014-03-14 s. Bożena Bednarczyk FMM

 

         

 

    „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody”... – swoimi talentami, ofiarowanym czasem,  dobrocią serca, przyjaznym uśmiechem, wyciągniętą dłonią, życzliwością i szacunkiem dla innej kultury i ludzi tam żyjących. Z tym przyjeżdżają na naszą wyspę, a konkretnie do naszego College, St Józefa w Ambohidratrimo, na Madagaskarze prowadzone przez Siostry Franciszkanki Misjonarki Maryi ludzie młodsi i starsi, określani mianem wolontariusze. I wszyscy których Pan do nas przysłał doświadczają tej rzeczywistości: „dłoń, która daje jest dłonią, która otrzymuje.” Ich świadectwa mówią same za siebie. Dziękuję Bogu za ich wszystkich. Niektórzy z nich niewiele mówiąc o Bogu, poprzez swoją postawę ukazali Boga, który kocha każdego człowieka, szczególnie tego ubogiego i zagubionego. Drzwi naszego domu, naszej szkoły są zawsze otwarte – zapraszamy i Ciebie.

             

s. Władysława Piróg fmm

                       

Świadectwo Agaty

       

    Przyjechałam przed samym rozpoczęciem roku szkolnego, na którego pierwszy dzień w przedszkolu Siostra Władysława mnie sumiennie przygotowywała mówiąc „Ale będziecie mieć ręce pełne roboty! Ty się Agatka nastaw na cały dzień odklejania maluchów od barierek, tulenia, pocieszania i wycierania nosków!” I nie było inaczej.

Tyle, że to nie męka, przyjemność całkiem to też nie- bo serce się krajało jak łapało się te zestresowane, zagubione i zasmarkane maluchy w pełnym ekwipunku- fartuszek, plecaczek, ogromny bidon na szyi, okruszki po zgniecionych ciachach w rączkach. No i do tego ja nic w ząb po Malgasku, więc co mogę powiedzieć, jak pocieszyć? Tylko tuli tuli…ale jak to działa! Na tyle skutecznie, że po chwili masz niejedno przyczepione dziecko na każdej kończynie i zostajesz „mamą” dopóty, dopóki mała przylepka nie zaśnie… A z tym ciężko w histerii.

       

Dla mnie zadziwiający był fakt, że w „przedszkolu Siostry Władysłwy” dzieci miały mnóstwo zabawek, telewizor, zabawy, kolegów, zwariowany plac zabaw w otoczeniu barwnie pomalowanych murów. Coś, co może widziały pierwszy raz w życiu. A i tak przywiązanie do matki było tak silne, że nie zwracały uwagi na czekające atrakcje o wiele bardziej woląc tulić się do mamy w czasem nieludzkich warunkach domowych….

Te dzieci nie narzekają. Czasem zazdroszczą, ale nie narzekają. To je różni od dzieci z innych krajów. Dlatego tak wspaniale się z nimi spędza czas. Nie pracuje- bo przy nich ani razu nie czułam, żebym pracowała- ja się z nimi bawiłam, nawet jeśli była to nauka angielskiego. Miałam cały czas „ banana na twarzy”.

Szczególną radość sprawiało mi ogromne zaangażowanie w zajęcia artystyczno- manualne chłopców, czasem o wiele większe niż dziewczynek. A jaki ujawniał się u nich talent, szczegółowość i perfekcja! Zazwyczaj takie zajęcia traktowane są jako „babskie”, a tu chłopcy byli tacy z siebie dumni…

       

Czasem miałam techniczny problem w postaci czystego braku miejsca w sali. Na dodatkowe godziny zajęć manualnych przychodziły takie tłumy, że musiałam odmawiać z ogromnym poczuciem straty. Ale gdy po pół godzinie wyglądałam na zewnątrz i dzieci nadal czekały z nadzieją, że je przyjmę, to już nie byłam w stanie odmówić…

       

Mimo, że w przygotowywanie zajęć i zabaw wkładałam całe swoje serce i kreatywność, to tak na prawdę niewiele musiałabym robić, żeby wywołać jeszcze większy uśmiech na twarzy tych dzieci. Maluchom w przedszkolu sprawiało frajdę samo siedzenie na kolorowej chuście, potrzymanie piłki, a starsze dzieci dziękowały z iskrami w oczach, gdy pozwalałam im zabrać wyciągnięte przez nich ze śmietnika zużyte flamastry, kolorowe okładki po wycinankach… Czasem nawet wystarczyło, że przejdę po dziedzińcu wykonując śmieszny gest, a już odprowadzały mnie salwy śmiechu.

Bardzo lubiłam też pomagać w kantynie, wśród życzliwych kucharek, pań do pomocy i szczególnie- Pani Annie. Może dlatego, że na własne oczy widziałam, że te dzieci coś jedzą. I mogą dostać dokładkę! Zaskoczona byłam też faktem, jak bardzo dzieciaki są skore do nauki języków. Na tyle, że starsze dziewczyny pisały do mnie liściki w zapytaniu o prywatne lekcje angielskiego, a co zadziwiające- nawet polskiego! Po co im to? Oczywiście cała przyjemność po mojej stronie. Starsze dziewczyny, gdy przełamały pierwsze lody i odważyły się złapać z Tobą większy kontakt, traktowały Cię już jak przyjaciółkę i były z tego bardzo dumne.

Coś, co po powrocie najczęściej wspominam to wizyty u wielodzietnej rodziny Pani Annie ( pracownicy szkoły), której dzieci również są uczniami w szkole św. Józefa. Mam podbite serce przez małą Valenzię z wiecznym rozbrajającym uśmiechem i entuzjazmem, ale chyba w nie mniejszym stopniu przez Jej braci- tak niesamowitych chłopców… Zauważyłam, że rodzeństwo na Madagaskarze jest dla siebie niezmiernie życzliwe i pomocne. Szczególnie opiekuńcze-często starsza siostra czy brat lepiej opiekują się maluchem niż rodzice. To jest bardzo wzruszające.

       

Moje wizyty u rodziny Pani Annie zaczynały się i kończyły niesamowitym entuzjazmem, energią, zapałem i życzliwością. Jeszcze nigdzie czegoś takiego nie doznałam. A gdy przynosiłam im różne rzeczy do zabawy, których nie starczało dla wszystkich cierpliwie się nimi dzielili. Dopingowali siebie nawzajem, a w szczególności małego braciszka, któremu nieczęsto coś wychodziło… Nawet babcia, na co dzień poważna kobieta przynosząca nam mleko od krowy, zaczynała z nami odbijać piłkę, poddawała nowe pomysły i zazdrościła dzieciakom nagród;)

Gdy idziesz dziedzińcem szkoły św. Józefa i odprowadza Cię uśmiech za uśmiechem, widok zagubionego malucha odwiecznie z plecaczkiem na plecach, pozdrawia Cię nauczyciel, przybija „żółwika” grupka dzieciaków, kilkakrotnie słyszysz „Bonjour Aghat” dobiegające nawet z klas i masz w głowię wizję nadchodzących zajęć z dziećmi, to nic innego Ci nie pozostaje jak przemierzać plac w radosnych podskokach i zapomnieć o wszelkich przykrościach tego świata!

           

Dziękuję siostrze Władysławie za umożliwienie mi „zasmakowania tego miejsca” i doznania przeżyć, które utwierdziły mnie w mojej życiowej drodze.

         

Agata Czaja

Wolontariuszka październik- grudzień 2013

                     

Świadectwo Kasi

         

    Pomysł wyjazdu na Czerwoną Wyspę zrodził się nagle. Decyzję o wyjeździe podjęłam w ciągu 5min i była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Wszyscy dookoła dziwili się skąd ten pomysł, ale wiedząc, że jadę w ramach wolontariatu, cała rodzina oraz znajomi starali się mi pomóc. Dzięki temu w dniu wylotu miałam oprócz mojego prywatnego bagażu 2 torby rzeczy dla dzieci i do pracy z nimi. Cała wielka przygoda zaczęła się jednego z ostatnich dni czerwca, gdy wraz z koleżankami wylądowałam w środku nocy w Antananarivo. I jak tylko wysiadłam z ogromnego samolotu doznałam szoku, bo zamiast zgiełku i dźwięków silników różnych maszyn usłyszałam… cykady!

    Na wolontariacie spędziłam około miesiąc. Był to okres tuż przed zakończeniem roku szkolnego. Przygotowywałam więc z dziećmi różne prace plastyczne, które później mogli wszyscy podziwiać podczas uroczystości kończących rok szkolny. A było co podziwiać, bo dzieci wkładały całe serce w to, co robiły! Oczywiście uwielbiały też spędzać czas na dworze grając w piłkę czy ringo. Wiele zabaw było dla nich zupełną nowością, np. układanie puzzli. Uczyłam też dzieci podstaw języka angielskiego i byłam bardzo miło zaskoczona ich ogromną chęcią zdobywania wiedzy - niezależnie od tego czy miały 7 czy 15 lat. Praca z dziećmi w tak różnym wieku nie była prostym zadaniem, zwłaszcza że tylko te starsze znały podstawy języka angielskiego i rozumiały co do nich mówiłam. Ale wszystkie maluchy swoim zapałem nadrabiały wszelkie braki w komunikacji słownej. Mogę więc bez zastanowienia powiedzieć, że nieznajomość języka nie stanowi żadnej bariery! A podstaw języka malgaskiego można się naprawdę szybko nauczyć na miejscu, nawet od dzieci.

       

    A dzieci są cudowne! Pomimo otaczającego je z każdej strony niedostatku potrafią cieszyć się życiem. Ogromną radość sprawiały im nawet najdrobniejsze rzeczy, np. obdarowany cukierkiem chłopczyk tak się ucieszył z prezentu, że aż skakał do góry i oczywiście od razu pobiegł pochwalić się przed rodziną. Dopiero na Madagaskarze zaczęłam naprawdę doceniać wszystko to, co mam, a czego do tej pory nawet nie zauważałam, bo tak byłam do tego przyzwyczajona. Ale dzieci – nawet te najcudowniejsze – potrafiły czasem wyprowadzić mnie z równowagi. Panowanie nad klasą liczącą około czterdzieścioro maluchów nie należy do łatwych zadań. A czasami klasy były łączone… Ale w momentach kryzysowych w ramach wolontariatu można oddać się bardzo uspokajającemu zajęciu jakim jest malowanie ścian. Jednak nie da się na te dzieciaki długo gniewać, bo wszystkie one bardzo szukały kontaktu z wolontariuszami – przytulały się, wchodziły na kolana i zabierały do wspólnej zabawy.

 

Podczas pobytu na wolontariacie zewsząd otaczała mnie miła, rodzinna atmosfera. Ogromne wsparcie miałam ze strony dziewczyn prowadzących fundację „Ankizy Gasy – Dzieci Madagaskaru” – Kasi i Patrycji. Właśnie dzięki nim mój wyjazd na Madagaskar doszedł do skutku i był taki wspaniały, bo one nauczyły mnie jak żyć na Czerwonej Wyspie i zaraziły malgaskim „mora mora”. Pracę w szkole koordynowała siostra Sława fmm (S. Władysława Pirog fmm)– dyrektorka St. Joseph College, która również pomagała nam jak mogła. Ale serdeczność i uśmiech znaleźli dla wolontariuszy również inni mieszkańcy naszego miasteczka – Ambohidratrimo, np. pani sprzedająca banany zawsze wybierała nam najlepsze, a pani sprzedająca warzywa dorzuciła często dodatkową marchewkę.

         

Wyjazd na Madagaskar był dla mnie niesamowitym doświadczeniem. W ciągu niecałych dwóch miesięcy doświadczyłam tam więcej wrażeń niż w przeciągu kilku wcześniejszych lat życia. Każdemu, kto jest chociaż trochę zainteresowany Afryką czy wolontariatem polecam taką podróż.

                 

Katarzyna Mogielnicka

Madagaskar lipiec-sierpień 2013

                             

Świadectwo Marii

                                         

    Jak ktoś mnie pyta: „Jak było na Madagaskarze?” Odpowiadam zazwyczaj jednym słowem: „Wspaniale!” Dopiero później zastanawiam się, jak streścić ludziom wrażenia z tak wielkiej wyprawy, która tak bardzo zmieniła moje życie.

         

Wybierając się do Afryki z góry wiedziałam, że zobaczę prawdziwą biedę, miałam pewne wyobrażenia o życiu Malgaszy i ich warunkach życia. W końcu od dawna fascynuje mnie czarny kontynent i wiele na jego temat czytałam, oglądałam, słyszałam.. To co mnie tam spotkało i najbardziej dotknęło, wcale nie była ta bieda, choć widzenie takich warunków na żywo było znacznie bardziej przejmujące dla mnie niż myślałam. Jednak najbardziej mi w pamięci pozostały dzieci z St. Joseph College.

    Wyjeżdżając na wolontariat wiedziałam nie więcej niż to, że będę się zajmować przez miesiąc dziećmi w szkole. Główkowałam się nad tym jakie zajęcia przygotować, co wymyślać dla nich tak aby były zadowolone. Z doświadczenia wiedziałam, że to nie łatwe zadanie, bo już wcześniej jako opiekunka młodzieży katolickiej prowadziłam zajęcia z młodzieżą. Jednak tu było zupełnie inaczej. Dzieci na Madagaskarze są niezwykle wdzięczne za wszystko, co się dla nich przygotuje. Zaczęło się już pierwszego dnia gdy siostra Sława, (Władysława Pirog fmm) dyrektorka szkoły, tłumaczyła dzieciom, że będziemy prowadzić z nimi różne dodatkowe zajęcia. Dzieci się uśmiechały od ucha do ucha i zaczęły klaskać w ręce po czym nam zaśpiewały na powitanie piosenkę. Zakręciła mi się łezka w oku, a nawet musiałam się powstrzymać żeby  nie popłakać się ze wzruszenia. I tak było jeszcze kilka razy, gdy zostałyśmy przedstawione, a miejscowi nas serdecznie witali słowami bądź śpiewem. I to już mi pozostanie w pamięci. Tak samo jak radośnie uśmiechnięte twarze dzieci. Po kilku dniach zapoznałam się z dziećmi, rozpoczęłyśmy już regularne (jak na malgaskie warunki) zajęcia. Były to zajęcia plastyczne jak i zabawy, angielski, taniec oraz sztuki walki Taekwondo. Dzieci nieustannie nas radowały swoim entuzjazmem i gotowością oraz tym, że wkładały w te zajęcia swoje serce, a odpłaciły nam pracę swoim uśmiechem. Bo właśnie uśmiech dzieci z Madagaskaru są tym, czego do końca życia już nie zapomnę.

       

    Dzieci są radosne; szczęśliwe, że mogą pójść do szkoły. Jednak jak się wyjdzie poza bramy szkoły, widać jak dobrze mają dzieci uczące się. Na ulicy dzieci których rodziców nie stać na to żeby uczęszczały do szkoły, bawią się w błocie, są brudne, ich miny już nie takie radosne.. Także twarze dzieci, gdy już wracają ze szkoły na dwór bardziej niż do domu, bo tam przecież jest zimno, ciemno, a na dworze łażą po ulicach i szukają sobie zajęcia lub obserwują, co się wokół nich dzieje. Na szczęście wiele dzieci zostało objętych programem „adopcja na odległość” tak, że mają opłaconą szkołę w tym jeden obfity ciepły posiłek - jak to na Madagaskarze ryż z warzywami.

         

Maria Spyczak von Brzezińska

Madagaskar- Ambohidratrimo lipiec-sierpien 2013

           

Świadectwo Pauli

           

    Życie na każdym kroku pokazuje mi, że nie warto żyć „pod plan”. Plany nawet te wzniosłe, nawet te przygotowywane tygodniami mogą nas samych zaskoczyć i mocno nas zawieść, albo ucieszyć. Rok temu nie miałam pojęcia, że będę siedzieć dzisiaj w pokoju wypełnionym koszami wykonanymi z rafii, kameleonami i lemurami, w tle będę słuchać Mike&Davis, a na półce pojawi się album ręcznie robiony z delikatnej kory wypełniony zdjęciami, a na tych zdjęciach będą Dzieci Madagaskaru, baobaby, Czerwona Ziemia, a na ten ziemi ja. Spełniło się moje marzenie, które dało mi doświadczenie życiowe, ale też nadzieję, że i te pozytywne punkty na linii życia zdarzają się i w związku z czym mogę marzyć dalej, bo nie ma rzeczy niemożliwych.

   Madagaskar. Wielka wyspa i równie wielkie serca ludzi, których miałam szczęście spotkać. Uczyłyśmy się jak odnaleźć się na Wyspie, jak komunikować z ludźmi, jak robić zakupy, gdzie się poruszać i jak, bo jazda taxi-broussem to jakby nie patrzeć niezły wyczyn. Nieoceniona była pomoc Sióstr, szczególnie Siostry Władysławy fmm, która sprawowała pieczę nad szkołą, czy siostry Malgaszki, Pierrette fmm, zdradzającej nam tajniki malgaskiego języka.

    Malgasze. Ludzie, dla których vazaha, biały człowiek, to coś niespotykanego. Ekscytacja kolorem skóry, ustępowała też miejsca wzajemnym zainteresowaniem zachowaniem, zwyczajami, językiem. Wnętrze tutaj liczy się najbardziej. Nie wygląd zewnętrzny. Każdemu tutaj miło powiedzieć „dzień dobry”, uśmiechnąć się, miło pójść do sklepu po mofo (chleb) albo na kawę i mofo gasy, miło pójść na targ z koszem po świeże, egzotyczne owoce. Miło jest czynić tutaj to, co normalnie nuży nas i męczy. Życie w takim tempie i z takim nastawieniem zmienia człowieka. Może nie w ten sposób, gdzie wracając do Polski uda mi się odtworzyć takie warunki, ale zmienia myślenie i utrudnia powrót, akceptacje monotonnego życia. Prowokuje do zmian, myślę że w moim przypadku pozytywnych. Przyjechałam tutaj jednak w konkretnym celu, do szkoły, gdzie miałam spędzać czas z dziećmi. Ogólny zamysł miałam, ale nie mogłam przewidzieć tego, co mnie czeka, więc zaskoczenie u mnie było duże. Dzieci z ogromnym entuzjazmem wzmagały we mnie potrzebę, aby być dla nich lepszą, wymyślać ciekawsze zabawy, spędzać z nimi więcej czasu, a czas ten nieustannie urozmaicać. Dzieci szczęśliwe, uśmiechnięte, śmiejące się, a często niedożywione, nieubrane, bez butów. Dzieci, które lubią psocić i szukają Twojej uwagi, jednocześnie słuchają uważnie, gdy pokazujesz pozycje walki, które mają powtórzyć, śledzą twoje ruchy, gdy pokazujesz kolorowego pingwina z wycinanek, które zaraz każde z nich same zmajsterkuje, albo rozdajesz farbki i kredki, którymi będą mogły do woli malować. Nie spotkasz takiego widoku gdzie indziej często, mi się do tej pory nie udało. Praca z dziećmi jest niezwykle satysfakcjonująca ale i wymagająca. Mają tyle energii, że ciężko taką siłę okiełznać.

   Kondycja po 4 tyg. pracy z nimi podniosła mi się znacznie. Szczere, wzruszające gesty odmieniały każdy mój dzień. Wiele można się od dzieci nauczyć: codziennego uśmiechu, dzielenia się tym, co dla nas najcenniejsze, radości z obecności drugiego człowieka, spontaniczności i cierpliwości, brania z życia co najlepsze, dawania z serca jeszcze więcej. Nie ma co ich tłumić, trzeba dać im możliwości upustu tej energii i odpowiednio ją ukierunkować, aby potencjał który w nich dżemie, nie uleciał w nicość. To była bardzo odpowiedzialna praca, ale odpowiedzialność tą brałam na siebie z przyjemnością każdego dnia. Po powrocie do Polski często czuję tęsknotę, może dlatego, że nikt tak nigdy pięknie się do mnie nie uśmiechał? Świat ten daleki od ideału zachodnioeuropejskiego, mi był bardzo bliski… może to otwartość ludzi, może to styl życia? Uczucia, które towarzyszyły mi kiedy dzieci wręczały mi swoje zdjęcia i listy z prośbą „Please, don’t forget me!” zapamiętam do końca życia i obiecuję, że Was nie zapomnę! Cóż, po prostu tęsknię za Wami i Tobą Madagaskarze!

             

Paula Dmochowska

Madagaskar, lipiec-sierpien 2013

             

Świadectwo Kasi

               

    Swoje wrażenia po wolontariacie na Madagaskarze rozpocznę słowami Jana Pawła II, które dają mi motywację i chęć do dalszej pracy jako wolontariusz: Człowiek jest wspaniałą istotą nie z powodu dóbr, które posiada, ale jego czynów. Nie ważne jest to co się ma, ale czym się dzieli z innymi.

Od zawsze pomaganie innym sprawiało mi dużo radości, a pragnienie zostania wolontariuszem w Krajach Trzeciego Świata towarzyszyło mi przez długi czas. Gdy dowiedziałam się o fundacji „Anizy Gasy- Dzieci Madagaskaru”, ściśle współpracującej ze szkołą prowadzoną przez wspaniałą siostrę Władysławę Piróg fmm, pomyślałam „to jest właśnie to na co czekam”.

             

Na Madagaskarze spędziłam dwa wspaniałe miesiące, które minęły niepostrzeżenie. Wolontariat „wciąga”, z tygodnia na tydzień angażowałam się coraz bardziej i nawet się nie spostrzegłam, kiedy zbliżyłam się z uczniami na tyle, że w każdej wolnej chwili… zaczynałam za nimi tęsknić! Tak jak oni mnie potrzebowali, tak samo i ja ich potrzebowałam. W szkole wspólnie uczyliśmy się kroków tańca, śpiewu i malowania. Lekcje angielskiego były również owocne dzięki zaangażowaniu ze strony uczniów, które w zamian chętnie uczyły mnie języka malgaskiego.

Ogromną satysfakcję sprawiała mi też praca w przedszkolu z maluszkami, najczęściej z ubrudzonymi mordkami i obsmarkanym noskiem cieszące się ze wszystkiego. A ich okrzyki na mój widok Bonjour vazaha (/vazaha/ czyli biały, silnie funkcjonuje w tutejszym języku, ma znaczenie pozytywne) zapewne długo będą rozbrzmiewały w moich uszach.

           

   W czasie wolnym od szkoły miałam możliwość poznania wielu rodzin, a szczególnie dzieci. Bo Madagaskar to dzieci, miliony dzieci, gdzie się nie spojrzy to dzieci.  Patrząc codziennie na te rodziny ogarniał mnie smutek, w jakiej nędzy i ubóstwie żyją. Cieszę się więc że mogłam choć trochę pomóc dzieciom w szkole, gdyż edukacja jest tu przede wszystkim lepszą jedyna drogą do lepszej przyszłości. Bardzo często jedynie szkoła, zapewnia dzieciom prawdziwe dzieciństwo. Te dzieci, które nie chodzą do szkoły, pracują fizycznie lub snują się bez celu, tworząc mniejsze lub większe bandy, które są idealną pożywką dla patologii.

       

  Dziś mój pobyt na Madagaskarze dobiega końca. Pobyt, który sprawił, że moje życie stało się bogatsze o nowe doświadczenia. Poznałam wielu niesamowitych ludzi, zdobyłam cenną wiedzę. Lecz największą radością był dla mnie uśmiech innych… Jutro nie będzie mnie już wśród tych dzieci, ale uśmiech jakim zawsze mnie witały jest dla mnie bezcenny i na samo wspomnienie o nim zawsze będzie mi się robiło cieplej na sercu. Dzięki tym wspaniałym dzieciom mogłam oderwać się na chwilę od codzienności, zatrzymać się, odkryć wartości, w które naprawdę warto w życiu zainwestować.

           

Wolontariat dał mi ogromną satysfakcję, ale też wspaniałą lekcję życia dlatego zachęcam do tego wszystkich. Uwierzcie, warto pomagać i dzielić się miłością z drugim człowiekiem.

         

Kasia Ornowska

Madagaskar, Ambohidratrimo pazdziernik-listopad 2013

 

 

 

 

Wstecz Odsłon: 7533   

 

Twoim zdaniem


 
Dodaj komentarz
 




 
000126632
 

MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA Franciszkanki Misjonarki Maryi
Prowincja Europy Środkowo - Wschodniej
Warszawa, ul. Racławicka 14, 02-601 Warszawa,   tel. 22 8453021,  www.fmm.opoka.org.plsiostry.fmm@gmail.com
Konto bankowe: Bank PKO S.A. 32 1240 1037 1111 0000 0691 6886
Administrator: Mirosław Kuduk

Mirosław Kuduk © 2010

Profesjonalny Hosting