Languages:                   

MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA

Franciszkanki Misjonarki Maryi

Prowincja Europy Środkowo - Wschodniej

Bosna i Hercegovina Deutschland Ősterreich Magyarország
Polska Россия Slovenija Україна

Królestwo Boże

Królestwo Boże to 18 konferencji wygłoszonych przez Marię od Męki Pańskiej dla sióstr. Są one jej duchowym testamentem. ...

Misjonarki

Zobacz inne
 

Zobacz również

Ankieta


Czy uczestniczyliście w zorganizowanych rekolekcjach?


Nie
Tak


Głosuj     Wyniki     Inne pytania
 

Polecamy


 

         

Warszawa

Msze św. w Kaplicy
Królowej Misji

- w niedzielę: godz. 8.00
- w tygodniu: 6.30

   
Adoracja Najświętszego Sakramentu

- Pon.– Piątek godz. 7.30 – 17.00
- Sobota godz. 7.30 – 15.00
- Niedziela  godz. 11.00 – 17.00




 

Serwis osób niezalogowanych


Teresa Sołtan FMM (1901-1973)

2014-07-30 Henryk Jerzmański

 


 

 

    Szanujemy przeważnie ludzi zwykłych, takich jak my sami, żyjących normalnym rytmem codzienności, mających nieraz trudne charaktery i kłopoty z samymi sobą. Szanujemy ich za to, że umieją - mimo wszelkich przeciwności - dokonywać właściwych wyborów, gdy trzeba - aż do heroizmu. Czcimy ich, ponieważ nie fałszują swojego życia, nie szukają alibi, ale są wierni wewnętrznemu głosowi i pozostają konsekwentni w urzeczywistnianiu wartości, które uznali za własne.

       

     Nie nazywamy ich świętymi, ponieważ Kościół nie wyniósł ich na ołtarze, ale przecież - po ludzku rzecz traktując - bardzo często takimi są. Nie nazywamy ich świętymi jeszcze i dlatego, że człowiek współczesny nie lubi tego słowa. W ogóle nie lubimy dzisiaj słów patetycznych. Nie znaczy to oczywiście, że nie dostrzega¬my wokół siebie tych zwykłych ludzi w ich niezwykłości. Jest ich może więcej niż przypuszczamy, ale zauważamy to dopiero, gdy ich zabraknie, albo gdy sami znajdziemy się w kłopotach. My, zwyczajni w swej zwyczajności.

         

    Wystarczy jednak czasem szerzej otworzyć oczy, by spostrzec, że tuż obok są ludzie, którzy słowu miłość nadają bardzo konkretny kształt. Właśnie to słowo jest kluczem do zrozumienia życia i działalności jednej ze wspaniałych polskich misjonarek, s. Teresy Sołtan ze Zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Maryi.

      

    Teresa Sołtan przychodzi na świat 19 października 1901 roku w Polanówce na Lubelszczyźnie. Wkrótce potem razem z rodzicami, Bogdanem i Marią, przenosi się do Lublina. Jednazjej przyjaciółek, później s. Teresa Szeptycka, również Franciszkanka Misjonarka Maryi, tak wspomina ten okres: „Enię Sołtan, późniejszą s. Felicitas od Krzyża, znałam od dzieciństwa, gdyśmy razem ze swy¬mi rodzicami mieszkali w Lublinie. Były to lata 1905-1906, gdy przychodziła, najmłodsza z rodzeństwa, na spotkania i dziecinne zabawy. Żywa, zawsze wesoła i niezależna - dziś.można by powiedzieć - typ psotnicy, w dobrym tego słowa znaczeniu.

            

    Charakter silny i zdecydowany, dobrze się czuła tylko wśród przyrody. Miesiące spędzane w mieście były dla niej trudne i ciężkie". Miłość do przyrody wyciska głębokie piętno na jej życiu. Dosłownie i w przenośni. Kilkuletnia Teresa bardzo lubi bawić się wśród drzew i wchodzić na nie. Nie pomagają w tym względzie żadne perswazje. Gdy znika na chwilę z domu, można się było domyślać, że jest już na drzewie. Pewnego dnia zabawa kończy się upadkiem i silnym potłuczeniem. Dziewczynka nie przyznaje się jednak do tego. Kiedy się okazuje, że zostanie do końca życia kaleką, jest już za późno na interwencję lekarza.

             

    Wypadek nie zmienia ani na jotę temperamentu Teresy. W dalszym ciągu cechuje ją niezwykła ruchliwość i wesołość. Mówi o tym jeszcze jedno wspomnienie s. Teresy Szeptyckiej: „W 1915 roku spotkałyśmy się na wygnaniu w Kijowie i tam, w tym mieście położonym nad Dnieprem (...) Enia znalazła odpowiednie tereny dla uprawiania sportu zimowego - saneczek. Kiedyś rozpędzona z górki, nie zdoławszy się zatrzymać, wpadła na płot drewniany, siłą rozpędu przebiła go i znalazła się na jezdni sąsiedniej ulicy. Płaszcz w strzępach, twarz podrapana, ale radosna". Można powiedzieć, że te dwie scenki z wczesnego dzieciństwa późniejszej s. Teresy Sołtan bardzo trafnie ją charakteryzują: odwaga, ryzyko, ruchliwość, samodzielność, wytrwałość, stanowczość.

            

    Czternastoletnia dziewczynka boleśnie jednak odczuwa oddalenie od kraju. Patriotyczny klimat rodziny sprzyja budzeniu się w niej refleksji o charakterze szerszym, dotyczącym przede wszystkim ciągle jeszcze niewiadomych losów Ojczyzny. Teresa uczy się grać na bałałajce i śpiewa polskie pieśni i piosenki. Szczególnym przeżyciem dla niej w tym czasie staje się spotkanie z wojskiem generała Hallera, które stacjonuje wtedy na Podolu. Do tego faktu będzie potem wielokrotnie wracała, na przykład w listach pisanych z różnych stron świata do rodziny i współsióstr w kraju. Po powrocie z Kijowa, a więc po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Teresa Sołtan postanawia, w 1920 roku, wstąpić do Legii Ochotniczej Kobiet (Legionów), by-jak sama mówiła -włączyć się całą sobą do budowania wolnej Polski. Za swą żołnierską postawę zostaje odznaczona Krzyżem Walecznych.

            

    W 1927 roku Teresa spotyka w Warszawie s. Teresę Szeptycką i oznajmia jej swoją chęć wstąpienia do Zgromadzenia Misjonarek Maryi. S. Teresa Szeptycką tak wspomina tę rozmowę: „Enia w płaszczu narzuconym na ramiona, z papierosem w ustach zwróciła się do mnie z pytaniem, jakie ma poczynić starania, by wstąpić do naszego Zgromadzenia. Pierwszym moim odruchem było również pytanie: Ty, Eniu, do klasztoru? Odpowiedziała: Tak, już od dawna o tym myślę, ale nigdzie nie chcą mnie przyjąć z powodu mojego garbu... Wy jesteście misjonarkami i w dodatku wesołymi - ja chcę pracować dla trędowatych, tam mój garb nikomu nie będzie przeszkadzał". Mija kilka miesięcy, zanim otrzymuje zgodę odpowiednich władz kościelnych w Rzymie. W jej sytuacji było to konieczne. Ta oczekiwana wiadomość zastaje Teresę Sołtan w Paryżu, dokąd wyjeżdża, żeby - jak mówiła - „zobaczyć przed wstąpieniem świat z góry, z wieży Eiffla".

            

   Do Zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Maryi w Annunziata koło Wiednia zgłasza się 14 marca 1928 roku. Siostrom, które wyszły po nią na stację kolejową, oznajmiła: „Chwileczkę, przed wstąpieniem muszę jeszcze tu na dworcu wypalić mego ostatniego papierosa". Poczucie humoru i siła woli zjednują jej od razu serca koleżanek. Warto dodać, że to kolejna cecha, która sprawia, iż gdziekolwiek jest, budzi zaufanie i miłość. Przywieziona do nowicjatu bałałajka jest tylko zewnętrznym wyrazem ciepła, jakie daje ludziom. Pierwsze śluby składa w roku 1930 w Grottaferrata niedaleko Rzymu. Wkrótce potem wyjeżdża do Chin i składa śluby wieczyste. Przebywa tu dziesięć lat. Przez pewien czas pracuje wśród trędowatych w Wietnamie. Jej marzenie staje się rzeczywistością.

            

   W 1939 roku s. Teresa powraca z misji na Dalekim Wschodzie i zatrzymuje się w Mane koło Bordeaux we Francji. W oczekiwaniu na ponowny wyjazd pracuje w domu starców. Dzięki swej bezpośredniości bardzo szybko zyskuje sympa- tię podopiecznych, swoją osobą wprowadza odrobinę radości i wzajemną życzliwość.

       

    Nadchodzi wreszcie decydujący moment w jej życiu. W 1949 roku s. Teresa Sołtan wyjeżdża do Argentyny, by znowu znaleźć się wśród trędowatych. Tym razem jest to duża kolonia w General Rodriguez, miejscowości oddalonej od Buenos Aires o 80 kilometrów. Niektórzy trędowaci mieszkają tam z całymi rodzinami, wielu z nich wraca po wyleczeniu do normalnego życia, ale wielu też skazanych jest na pobyt stały.

          

    Pierwsze listy s. Teresy świadczą, z jaką radością w sercu podejmuje się nowego i bardzo trudnego zadania. W jednym z nich pisze: „Mój posterunek to duża rządowa kolonia dla trędowatych. Zaraz za miastem wj eżdżasz w prerie z ogrom¬nymi stadami bydła, zaganianymi przez kowbojów na koniach, których tu gauchos nazywają (...). W tejże prerii, parę lat temu wywiercono studnię, zbudowano rezerwuar, posadzono dużo drzewek, wybudowano kilka pawilo¬nów, kaplicę i ulokowano około 800 trędowatych. Nazywa się to La Kolonia, z akcentem na i. Nazwa nie mówi, czyja to kolonia...".

          

     Początki są bardzo trudne, tym bardziej że s. Teresa nie zna jeszcze języka hiszpańskiego. Sześć współsióstr, które do czasu jej przybycia opiekują się chorymi, to również o wiele za mało w stosunku do potrzeb. Pracy więc bardzo dużo. Nie ma nawet czasu posłać łóżka - jak z humorem napisze w jednym z listów. I dodaje: „Najlepsza rzecz dla nich, to tak ich zająć i zainteresować, żeby jak najmniej myśleli o swoim nieszczęściu, a już jeśli myślą, to z optymizmem i odwagą". Ileż radości sprawia jej na przykład przygotowywanie razem z trędowatymi różnego rodzaju uroczystości. Wie, że w ten sposób daje im sposobność do chwili zapomnienia o własnym losie.

        

     Wystarczyłoby przytoczyć rozkład zajęć jednego dnia, żeby sobie uzmysłowić, jak wielki, wprost niewyobrażalny musiał to być wysiłek. Pisze: „Może Was zdziwi, że tu się może tak pracować... Trzeba wiedzieć, że setki tych chorych to ludzie młodzi i silni, ale wystarczy nieznaczna plamka, jedno nieczułe miejsce, by leczyć się i walczyć całe życie, żeby nie zgnić". Mimo dużych sukcesów w walce z trądem wciąż jeszcze na wielu połaciach naszego globu choroba ta jest dla tysięcy istnień ludzkich wielkim nieszczęściem. Trzeba doprawdy niezwykłej miłości do Boga, by z takim poświęceniem służyć człowiekowi. S. Teresa służy z oddaniem. W zamian otrzymuje uśmiech i zaufanie.

     

    Służy bez wielkich słów i fanfar. O swej pracy pisze w listach, jak o czymś zwyczajnym. Nigdy się nie skarży. Dokonała kiedyś świadomego wyboru, posłuchała wewnętrznego głosu - terazu konsekwentnie idzie obraną drogą. Trędowaci, szczególnie młodsi, nazywają ją babcią, „abuela", ona ich - wnukami. „Abuela" staje się wszystkim dla nich. Daje im radość i poczucie psychicznego bezpieczeństwa, wyprowadza z częstych depresji. Oni to doceniają. Również współsiostry i współpracownicy bardzo wysoko cenią s. Teresę. Wszyscy widzą, jak bardzo jest im oddana.

   

    S. Teresa prowadzi w kolonii trędowatych sekcję radiologiczną, adnotacje, klasyfikacje, archiwa. Przez 22 lata swej służby daje lekarzom 50000 zdjęć rentgenowskich. Nieraz brakuje jej czasu na posiłek i sen. Praca ta coraz bardziej ją wyczerpuje. W jednym z listów pisze: „Mam teraz dowód, że promienie X a la long męczą i osłabiają głowę. (...) Kiedy cały dzień jestem z promieniami, często jednego zdania sklecić nie mogę". I dodaje zaraz: „Wszyscy ci moi najdrożsi (...) mogę im trochę pomóc i pocieszyć. To moja najgłębsza i najprawdziwsza modlitwa, bo w nich, jak nigdzie indziej odnajduję les traits divins de Jesus Crucifie i wiem, że wszystko, co dla nich, to dla Niego, i to całe moje szczęście i spokój. Mam wrażenie, że stąd łatwiej niż skądinąd odejść i dojść spokojnie do prawdziwego życia. A największy mój skarb i pociecha to miłość i ufność naszych kochanych chorych".

         

    W 1970 roku s. Teresa przyjeżdża na dwa miesiące do Polski. W rozmowie z jednym z dziennikarzy mówi: „Ze smutkiem wyjeżdżam obecnie z Polski. Znacznie łatwiejszy był dla mnie pierwszy wyjazd przed 42 laty. Dziś, gdy ujrzałam najpiękniejsze strony ojczyste, w których spędziłam najwcześniejsze lata życia, ogarnia mnie wzruszenie i żal. Ale pamiętam o swoim powołaniu, o obowiązkach, o chorych czekających na mój powrót. Jestem zachwycona Polską - moją Ojczyzną.

     

    Spełniły się wielkie moje marzenia: odwiedziłam kraj, byłam na Jasnej Górze w Częstochowie i w innych ośrodkach życia religijnego w Polsce. Zabieram ze sobą do Argentyny woreczek z ziemią: pragnę, bym choć z tą garstką polskiej ziemi mogła zostać pochowana na obczyźnie". Powrót z Ojczyzny staje się dla s. Teresy momentem niezwykle wzruszającym. Opisuje go tak: „Czekali na mnie z gitarami i kiedy przybyłam z bałałajką (...) oraz płytami „Mazowsza" i „Śląska", wygłosili wspaniałą mowę powitalną, w której obok mnie figurował Kopernik, Chopin, Kościuszko, Maria Curie -Skłodowska. Wszystko, co mówca wiedział o Polsce". „Kochane wnuki" okazały jej wiele serca. Ona zaś patrząc na nich myślała: „Ja mam często wrażenie, że oni z Chrystusem zbawiają świat. Jaki to zaszczyt i łaska dla mnie móc im trochę ulżyć".

        

    S. Teresa czuje jednak, że siły ją coraz bardziej opuszczają. Zdaje sobie dobrze sprawę, że jej możliwość pracy dla chorych kończy się: arteriosclerosis-cervical... Fizycznie jest sprawna, ale odmawia jej posłuszeństwa głowa, coraz trudniej jej mówić i pisać. Silną wolą usiłuje pokonać te słabości;ale przychodzi jej to coraz trudniej. Decyduje się na ostatnią ofiarę. Prosi przełożoną o przeniesienie do innego domu zakonnego, gdzie - jak sądzi - będzie mogła pracować fizycznie. W ostatnim liście, jaki może jeszcze napisać do sióstr w Warszawie, czytamy: „Proszę o modlitwy,"łeby Królowa Polski pomogła swojej legunce (legionistce) trzymać się twardo do końca. Żal mi Wnuków - oni o wiele więcej cierpią i wielu nie ma wiary, wielu popada w depresje, w rozpacz: abuela wszystkim dla nich".

   

    Po 22 latach niezwykle aktywnej pracy s. Teresa Sołtan opuszcza kolonię trędowatych i przenosi się do San Antonio de Arredondo koło Kordoby. Choroba z dnia na dzień sieje coraz większe spustoszenie. „Abuela" nie narzeka na swój los, nie poddaje się. Napisanie najkrótszego listu sprawia jej ogromny wysiłek; to „łaska Niepokalanej'' - jak sama takie chwile określa. Pod koniec życia powtarza często: „Starość nie radość, bo do domu blisko". Są to pierwsze słowa jednej z piosenek ułożonych przez nią dla „wnuków".

  W chwilach zadumy zaś dodaje: „Nic mnie więcej nie podnosi na duchu jak pewność, że to nie żaden koniec, ale początek, bo myśmy jeszcze właściwie nie zaczęli żyć - a tylko istniejemy, jesteśmy i walczymy o życie, które zdobędziemy przechodząc przez śmierć".

         

    S. Teresa Sołtan (Felicitas od Krzyża) umiera 5 września 1973 roku. Ksiądz Henryk Kamiński, który wiele razy ją odwiedzał, tak w jednym z listów pisze o jej śmierci: „Mam wrażenie, że taka śmierć była Jej życzeniem; jak żołnierz do ostatniej chwili siłą swego ducha panowała nad chorobą". 45 lat misjonarskiej pracy: dziesięć lat w Chinach na granicy Tybetu, potem Wietnam, Francja, wreszcie -Argentyna. S. Teresa Sołtan przez całe życie służy innym, przygotowując się po franciszkańsku na spotkanie Ojca-Miłości.

      

    Przed samą śmiercią mówi do jednej z sióstr: „Jeżeli cokolwiek się stanie... nie martwcie się. Wszystko jest gotowe!". Te słowa najpełniej oddają głębię życia duchowego s. Teresy. Wypowiedziane po prostu, bez patosu i najmniejszego choćby lęku przed Tajemnicą. Treści, które w sobie te słowa kryją, były przez całe jej ofiarne życie tym motorem, który można nazwać słowem: Miłość. Trędowaci domagają się sprowadzenia jej zwłok do kolonii Rodriguez. Wiedzą, że ta Miłość została im ofiarowana.

       

Henryk Jerzmański

     

Świadkowie wiary Ameryki Łacińskiej, praca zbiorowa pod red. Emila. L. Stehle, Verbinum 1984, s.113-119.

 

 

Dołączone pliki:

 

 

Wstecz Odsłon: 5179   

 

Twoim zdaniem


 
Dodaj komentarz
 




 
000127111
 

MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA Franciszkanki Misjonarki Maryi
Prowincja Europy Środkowo - Wschodniej
Warszawa, ul. Racławicka 14, 02-601 Warszawa,   tel. 22 8453021,  www.fmm.opoka.org.plsiostry.fmm@gmail.com
Konto bankowe: Bank PKO S.A. 32 1240 1037 1111 0000 0691 6886
Administrator: Mirosław Kuduk

Mirosław Kuduk © 2010

Profesjonalny Hosting