W serwisie

Aktualności

Archiwum

Czytelnia

Dom Rekolekcyjny

Galeria zdjęć

Księga gości

Logowanie

Napisz do nas

Polecane strony

Rekolekcje

Zgłoszenia na spotkania

Zgromadzenie


 

Warto przeczytać

 

Ja Pan, chcę być Twoim lekarzem
Taki był temat rekolekcji wielkopostnych dla licealistów i gimnazjalistów.
Zobacz co piszą uczestnicy!
 

Zobacz więcej  

 

SONDA

Czy poszukujesz na tej stronie informacji o Domu Rekolekcyjnym?


Nie
Nie, jestem tu przypadkowo
Nie, szukam informacji o Zgromadzeniu
Tak


Głosuj     Wyniki     Inne pytania


Dane kontaktowe

Dom Rekolekcyjny Sióstr FMM
 

Łabunie, ul. Parkowa 33

22-437 Łabunie

pow. zamojski, woj. lubelskie
 

tel. 084-611-30-52

Email: labuniedomrekolekcyjny@gmail.com

www.fmmlabunie.pl
 

ADMINISTRATOR SERWISU

Mirosław Kuduk

Email: mkuduk@interia.pl

 

 

 
  Szukaj w serwisie    

 

Anna Kazimierzowa Szeptycka

Czytelnia

Data publikacji: 2010-04-14

Opublikował: Teresa Szeptycka Gubrynowicz

 

 

     Anna Kazimierzowa Szeptycka, córka Włodzimierza Dzieduszyckiego i Wandy z Sapiehów, urodziła się 3.VII.1914 roku, jako drugie dziecko z  trzynaściorga rodzeństwa. Ojciec jej był wnukiem Włodzimierza Dzieduszyckiego, założyciela lwowskiego Muzeum Przyrodniczego i właściciela pałacu przy ul. Kurkowej we Lwowie, który był gniazdem rodowym Dzieduszyckich. Włodzimierzowi – ojcu Anny – przypadł w wyniku ustaleń rodzinnych, majątek Jaryszów w okolicach Mohylewa Podolskiego. Przyjąwszy poddaństwo rosyjskie osiedlił się tam wraz z żoną, wkrótce po ślubie w roku 1912. Tam też przyszło na świat dwoje najstarszych dzieci.

   

     W wyniku zawieruchy dziejowej (wybuch I wojny światowej, echa nadciągającej rewolucji rosyjskiej), młoda rodzina zmuszona była wkrótce opuścić dom i zaczynający już dobrze prosperować majątek. Przez dwa lata Włodzimierzowie Dzieduszyccy mieszkali w Kijowie, gdzie ojciec Anny, wobec stale pogarszającej się sytuacji Polaków - ofiar wojny, włączył się aktywnie w szeroko zakrojoną działalność charytatywną i polityczną. W 1918 r.  przeniósł się wraz ze stale powiększającą się rodziną do Zarzecza koło Jarosławia. Tam znajdowała się siedziba ordynacji Dzieduszyckich przekazanej przez rodzinę w ręce Włodzimierza, w związku z decyzją wstąpienia do nowicjatu jezuitów jego starszego brata Pawła. Zarzecze stało się wkrótce zarówno dla Anny, jak i dla jej rodzeństwa ukochanym domem o niepowtarzalnej, pełnej ciepła i miłości atmosferze, otaczającej nie tylko jej mieszkańców lecz także tych, którzy przybywali tam w różnych sprawach i potrzebach.

 

     Pod czujnym okiem kochających rodziców, którzy dobrze znali i rozumieli każde ze swoich licznych dzieci, wykształceniem ich, w fazie początkowej, zajmowały się bony i zagraniczne guwernantki, później zaś zatrudnieni przez Włodzimierza domowi nauczyciele. W okresie gimnazjalnym starszych dzieci, na czas trwania zajęć szkolnych rodzina przenosiła się do pałacu przy ul. Kurkowej we Lwowie. Stamtąd codziennie biegła Anna, w dół, do gimnazjum sióstr Sacré-Coeur, a po skończonych lekcjach spędzała czas na zabawach z braćmi w ogrodach pałacowych lub w parku na górze Zamkowej. Nie ustępowała braciom w sprawności, cieszyła się ich uznaniem i autorytetem starszej siostry. Wakacje rodzina spędzała w Zarzeczu, które dzieci uważały za prawdziwy raj. Rodzice pozostawiali im ogromne możliwości różnorodnych samodzielnych działań. Szczególne miejsce w wychowaniu dzieci zajmowało poznawanie przyrody i obcowanie z nią. Włodzimierz, jako przyrodnik z wykształcenia i wielki miłośnik przyrody uczył, że świat otaczający stworzył P. Bóg z miłości do człowieka. Świat ten trzeba więc znać, kochać i z radością dziękować Stwórcy za wszystko, co nas otacza.

 

     Wzajemne relacje mieszkańców Zarzecza cechowała serdeczność i otwartość, a także szacunek i wrażliwość na potrzeby innych. Gdy z powodu konieczności nauki w liceum, Anna opuszczała na długie miesiące Zarzecze, mieszkając w internacie sióstr Sacré-Coeur w Zbylitowskiej Górze koło Tarnowa, tęskniła za ukochanym domem, rodzicami i rodzeństwem. Obdarzona naturą czynną i ciekawością świata, z trudem znosiła ustabilizowany tryb życia w internacie. Widząc jej dobrą wolę, postawę współdziałania z każdym, obowiązkowość i pilność w nauce, siostry pozwalały jej na dodatkowe chwile swobody i ruchu. Była lubianą wychowanicą i koleżanką, wnoszącą w życie dziewcząt, jak ona, oddalonych od swoich domów, wesołość i pogodę. Do dziś wspomina galopady po klasztornych korytarzach, ciągnąc koleżanki uczepione jej długich i mocnych warkoczy.

   

     W okresach pobytu w Zarzeczu Anna, jako najstarsza córka, włączana była przez matkę do pomocy w zarządzaniu domem i gospodarstwem. Uważała to za naturalne i starała się dobrze wypełniać swoje powinności. Znajdowała jednak zawsze czas, by odwiedzić w stajni ukochane konie, dosiadać ich i pędzić, skacząc przez przeszkody, dokonywać nieraz mocno ryzykownych prób woltyżerki, lub – by odwiedzić odległy o ok. 10 km dom wujostwa Witoldów Czrtoryskich w Pełkiniach, podobnie – jak dom zarzecki pełen młodzieży i tętniący życiem.

 

     Po maturze, wraz ze swoim starszym o rok bratem Tadeuszem, Anna wyjechała do Poznania, gdzie podjęła na uniwersytecie studia na wydziale filologii klasycznej. Czynnie uczestniczyła w inicjatywach poznańskiego „Odrodzenia” i „Sodalicji Mariańskiej”. Z tą częścią środowiska młodzieży akademickiej złączyły ją więzy przyjaźni utrzymywanej później przez długie lata. Jeszcze w czasie pobytu Anny w Zbylitowskiej Górze, rodzinę dotknęła bolesna strata – z zarzeckiego domu P. Bóg zabrał do siebie jej 13-letniego brata Andrzeja, a w trzy lata później, już w jej okresie studenckim, 14- letniego Krzysztofa. W tym, trudnym dla rodziny okresie, także wskutek nie najlepszych warunków bytowych w Poznaniu, również zdrowie Anny uległo zachwianiu. Zaniepokojeni rodzice zorganizowali dla niej pobyt klimatyczny w Davos (Szwajcaria), gdzie Anna spędziła kilka miesięcy.

 

     Wspomina do dziś tę niezwykłą podróż, alpejską przyrodę i ludzi, których tam spotkała. Pobyt ten wpłynął na poprawę zdrowia lecz spowodował nieodwracalną przerwę w studiach, do których już nie powróciła. Czekało Zarzecze, rodzice i młodsze rodzeństwo, sprawy domowe i .....nowy etap życia, który P.Bóg dla niej przewidział. Postawa modlitwy i zawierzenia Mu we wszystkim, tak charakterystyczna dla całej rodziny, przez czas pobytu Anny z dala od domu (szkoła, studia) jeszcze wzmocniła się w niej i pogłębiła.

 

     Jana Kazimierza Szeptyckiego poznała już wcześniej, przez koleżankę szkolną, a jego kuzynkę, Annę Szeptycką z Przyłbic. Oboje należeli, podobnie jak Anna, do środowiska odrodzeniowego. Jan Kazimierz kilkakrotnie pojawił się w Zarzeczu. Także starsze pokolenie – rodzice Anny i Jana Kazimierza znali się i spotykali przy różnych okazjach. Do zaręczyn między Janem Kazimierzem i Anną doszło w romantycznych okolicznościach, w czasie pierwszego, pod polską banderą, rejsu statku „Batory” z Triestu do Gdyni, wiosną 1936 r. Włodzimierzowie Dzieduszyccy zapragnęli ofiarować tę podróż dwojgu najstarszym dzieciom. Za sprawą splotu działań Boskich i ludzkich, znalazł się również na „Batorym” Jan Kazimierz. Z okazji zaręczyn odbył się wspaniały bal kapitański, podczas którego Anna wystąpiła jako „Miss Batory” z małymi flagami różnych państw wplecionymi w swoje długie warkocze. Ślub Anny i Jana Kazimierza odbył się w Zarzeczu 20 sierpnia 1936 r. Był radosnym wydarzeniem dla obu rodzin, a dla Anny, jak to później wielokrotnie mówiła swoim dzieciom, najważniejszym dniem w jej życiu.

 

    Młoda para zamieszkała w Łabuniach, w tzw. „nowym domu”. Dzień jej przyjazdu do Łabuń, jak opowiadały córkom Anny, starsze siostry franciszkanki, był ważnym dniem dla całej łabuńskiej wspólnoty: sióstr, mieszkańców domu, majątku i wsi. Rozpoczął się Mszą św. i uroczystym błogosławieństwem.  Anna podjęła z radością i właściwym jej poczuciem odpowiedzialności wyzwania, które wynikały z nowej roli pani domu. Dom łabuński czekał na nią, od chwili śmierci matki Jana Kazimierza Izy z Sobańskich, pozbawiony kobiecej obecności. Rodzina Jana Kazimierza – ojciec i mieszkające w sąsiedztwie siostry z rodzinami, przyjęły Annę do rodziny z otwartymi sercami i ramionami. W końcu stycznia 1938 r. urodził się syn Aleksander.

   

     Poród odbył się w Pałacu na Kurkowej we Lwowie, gdzie Anna i mały Oleś pozostali przez jakiś czas pod opieką Włodzimierzostwa Dzieduszyckich, dla których był on pierwszym wnukiem. Anna szybko nawiązała ze swoim synem bliski i niepowtarzalny kontakt. Również z każdym swoim następnym dzieckiem, jako matka, Anna umiała stworzyć szczególną, odrębną, tylko dla niego właściwą relację i utrzymywać jej wyjątkowy charakter przez całe życie, wzorując się na miłości Bożej do każdego człowieka.

   

   Wybuch wojny we wrześniu 1939 r. i pośpieszny wyjazd z domu Jana Kazimierza na front, zastał 25-letnią wówczas Annę w szczególnie trudnej sytuacji. Spodziewała się narodzin drugiego dziecka. U boku chorego na serce hr Aleksandra, podjęła w zastępstwie nieobecnego męża, obowiązki związane z prowadzeniem majątku, doglądała prac jesiennych nie tylko w domu lecz i w ogrodzie, w polu na folwarku i stawach, nadrabiając brak doświadczenia w wielu sprawach wzmożoną czujnością i energią. Gdy front niemiecki był już całkiem blisko Łabuń, uległa jednak namowom ojca Jana Kazimierza i zgodziła się jechać z małym Olesiem szukać schronienia w bezpieczniejszym, leżącym poza obrębem zamojszczyzny, Zarzeczu.

 

     Ten wyjazd z Łabuń, rozstanie z domownikami, a przede wszystkim z samotnym, starszym, schorowanym teściem, który był zdecydowany pozostać na straży domu i majątku, jego ostatni gest, gdy okrywał ją i dziecko „baranicą” w już gotowym do drogi samochodzie, wspomina Anna jako jedno z dramatyczniejszych przeżyć okresu wojny. Hr. Aleksandra więcej już nie zobaczyła. Zdołała mu jednak przekazać z Zarzecza radosną wiadomość, że w Wielką Sobotę, 23 marca 1940 r. urodziła się Maja. Na mazurkach, które zdobiły wielkanocny stół zebrani odczytywali napisy „Alleluja – Maja!” Jan Kazimierz, po rozwiązaniu pułku i zakopaniu jego sztandaru, a następnie krótkim pobycie w Zarzeczu, na przysłaną przez siostry wiadomość o śmierci jego ojca, zamordowanego przez Niemców w rotundzie zamojskiej, pojawił się w Łabuniach, by wziąć udział w pogrzebie.

 

     Wkrótce potem zdecydował się na powrót do, zajętego już częściowo przez nowego „właściciela” Niemca, domu, wraz z żoną i dziećmi. Atmosfera zagrożenia aresztowaniem Jana Kazimierza narastała, szczególnie po zatrzymaniu i skazaniu na pobyt w obozie koncentracyjnym w Dachau jego szwagra Stanisława Starowieyskiego. Wiadomo było, że w niedługim czasie kolej przyjdzie także i na niego. Tak się też stało. Po aresztowaniu w jesieni 1942 r i osadzeniu wraz z grupą innych zatrzymanych na Zamku w Lublinie, wkrótce znalazł się na liście osób przewidzianych do obozu w Majdanku. Anna wróciła do Łabuń i podjęła starania o uwolnienie męża. Krokami jej kierował, nie rozpoznany jeszcze przez Niemców, organizator ruchu oporu na ziemi zamojskiej, późniejszy pułkownik AK, kuzyn Jan Zamoyski.

   

     Zawierzenie Chrystusowi i ustawiczna modlitwa dodawały Annie sił i odwagi w działaniu. W czasie pobytu Jana Kazimierza na Zamku, współdziałając z umówionym na spotkania w kościele strażnikiem, kilkakrotnie zdołała przekazać (w pudełku od zapałek) Komunię św. do celi. Obdzieleni zostali wszyscy współwięźniowie. Anna uzyskała najpierw krótkie widzenie się z mężem, a w lutym 1943 r., jego uwolnienie z rąk Niemców. Błyskawiczny przejazd przez Łabunie , w celu zabrania najbardziej niezbędnych rzeczy, był jednocześnie pożegnaniem domu na wiele wiele lat. Półtoraroczny pobyt w Zarzeczu, gdzie Jan Kazimierz objął administrowanie majątkiem swego teścia, był okresem, jak na warunki okupacyjne, w miarę stabilnym, a ciepło i oparcie w rodzicielskim domu, pozwoliło im obojgu podnieść się po poprzednich przeżyciach. W marcu 1944 r. urodziła im się druga córka Teresa.

 

    W związku z ofensywą Armii Czerwonej wraz z Wojskiem Polskim, Jan Kazimierz, znalazł się znów na froncie. Pod jego nieobecność Anna przeżyła najpierw ucieczkę przed nadciągającym i cofającym się frontem i ukrywanie się z trojgiem małych dzieci przed bombardowaniem w piwnicach zaprzyjaźnionych domów w Zagorzycach i Iwierzycach, później zaś - aresztowanie i wywiezienie przez Rosjan brata Jana (po jego zniknięciu z całą energią brała udział w poszukiwaniach i próbach ustalenia dokąd został zabrany), następnie - wypędzenie całej rodziny z Zarzecza i aresztowanie ojca Włodzimierza oraz najstarszego brata Tadeusza przez nowe polskie władze. Przez niemal rok przebywała wraz z resztą rodziny w klasztorze OO Dominikanów w Jarosławiu.

 

     Trudne warunki życia, choroby dzieci, śmierć małej córeczki wywiezionego brata Jana i nękająca wszystkich niepewność co do dalszych losów, wszystkie te przeżycia zwiększały jeszcze gorliwość Anny w zawierzeniu wszystkich i wszystkiego Chrystusowi. Rozwaga, spokój w działaniu, poszukiwanie pozytywnych stron w trudnych lecz jak wierzyła, zgodnych z wolą Bożą , sytuacjach cechowały postępowanie Anny. Nie koncentrując się nadmiernie na własnych tylko przeżyciach, umiała dostrzegać wokół siebie potrzeby tych, którzy, jak mniemała, cierpieli bardziej. Po powrocie Jana Kazimierza z wojny wspólnie z nim organizowała nowe życie, już nie jako „pani z pałacu”, lecz jako człowiek pozbawiony dotychczasowych środków, pracujący ofiarnie dla zabezpieczenia bytu rodzinie i domownikom.

   

     Przyjmowała pod swój skromny obecnie dach osoby, które dachu nad głowa nie miały, nie szczędziła kąta, jedzenia i serdecznego wsparcia dzieląc się tym, co miała. Uczyła własnym przykładem swoje dzieci miłości Boga i bliźniego. Dwuletni pobyt w Rabce (podstawą egzystencji rodziny były tam pensjonaty „Fatma” i „Jasny Dwór”- dla dzieci i rodzin, których zdrowie zostało nadszarpnięte przez wojenne warunki życia), następnie trzyletni pobyt w Giżycku, niespełnione nadzieje na spokojniejsze życie, utrata pracy (z tzw. ”wilczym biletem”) przez męża i lęk by nie stał się on, jak wielu innych, ofiarą szalejących „czystek” prowadzonych, przez szczególnie aktywny, olsztyński UB – nie zdołały zmienić postawy Anny.

   

     Wszędzie, gdzie przyszło jej żyć, pozostawiała po sobie pamięć człowieka dobrego, wrażliwego na innych ludzi, którego działania były naturalną konsekwencją trwania w Chrystusie. Codzienna Komunia św. i ustawiczna modlitwa, na którą, mimo nawału obowiązków, nie brakowało jej czasu – były źródłem jej siły. Wyjeżdżając „w nieznane”, do Warszawy, niepewna, co przyniesie ten nowy etap życia rodziny, zatroszczyła się o to, by także, swoje najmłodsze dziecko, 6-letnią wówczas Teresę, oddać na własność Chrystusowi, przygotowując ją i doprowadzając do I Komunii św. Wiedziała, że nic złego nie spotka jej dzieci, jeżeli będą mocno trzymać się Jezusowej dłoni.

 

     Pobyt w Warszawie to najdłuższy, trwający do dziś okres w życiu Anny. Miał on różne fazy i koleje. Początkowo życie jej wypełniały zmagania o właściwe zorganizowanie życia rodziny w bielańskim mieszkaniu i edukacji dzieci, oraz niełatwe wobec znacznych trudności materialnych i braków w zaopatrzeniu, zdobywanie żywności. Później również włączyła się do pracy zarobkowej wykonywanej, w różnej formie, w każdej wolnej chwili, także nocami w domu, a następnie na pełnym etacie poza domem. Każdy dzień Anny rozpoczynał się Eucharystią, a kończył odmawianą wspólnie z Janem Kazimierzem modlitwą „Kto się w opiekę...”. Pewnie dlatego, choć w życiu rodziny nie brakowało trudnych chwil, nie zagościły tam trwale rozgoryczenie na los i przygnębienie.

 

     Ważnym wydarzeniem było zamieszkanie w Warszawie na Saskiej Kępie Włodzimierzostwa Dzieduszyckich wraz z kilkorgiem rodzeństwa Anny. Pomimo tak trudnych wydarzeń losowych stworzyli oni w swoim mieszkaniu przy ul. Bajońskiej atmosferę zarzeckiego domu. Kontakt z nimi był bez wątpienia dla Anny i jej męża źródłem siły, a dzieciom dawał możliwość uczestniczenia w tym, co w życiu ich rodziców było najbliższe i najbardziej kochane. Również w obrębie rozbudowującej się dzielnicy Bielany, znaleźli siedzibę bliżsi i dalsi krewni: siostra Jana Kazimierza - Katarzyna Dembińska z rodziną, kuzyni Anny - Jan i Magdalena Serwatowscy, dalsi krewni, lecz bliscy przyjaciele Ignacy i Anna Potoccy.

 

      Pokrewieństwo i podobne koleje losów tych rodzin, lecz przede wszystkim zakotwiczenie w wierze i podstawowy system wartości przekazywany dzieciom, dawały możliwość wzajemnego wspierania się i niesienia pomocy w trudnych latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i następnych. Anna czynnie uczestniczyła także w życiu kolejnych parafii, na terenie których mieszkała wraz z Janem Kazimierzem. Przez wiele lat katechizowała w ich domach, wskazane przez ks. Proboszcza, niepełnosprawne lub religijnie zaniedbane dzieci z osiedla Chomiczówka. Do dziś jest przez nie i ich rodziny wspominana z miłością i szacunkiem, a z niektórymi, pomimo swego podeszłego wieku, nadal utrzymuje kontakt. Po przejściu na emeryturę czynnie pomagała mężowi w prowadzeniu archiwum rodzinnego Szeptyckich.

 

     Kiedy odszedł do Pana Jan Kazimierz i nadszedł dla Anny czas wdowieństwa i starości, znosi ona ten krzyż, jak i inne w dotychczasowym życiu – z pogodą i pełną ufnością. Wie, że to co P. Bóg daje człowiekowi jest dobre i pomocne w dojściu do Niego. Droga życiowa Anny jest dla jej rodziny i tych, co ją spotkali, wzorem – jak możliwe jest trwanie w postawie zawierzenia i wdzięczności za każdy przeżyty dzień. Patrzenia zarówno na burze dziejowe, jak i na zwykłe trudne sytuacje z Bożej perspektywy pozwala zachować na długie lata radość i pokój serca, którym – jak Anna – można obdarowywać innych ludzi.

 

Warszawa, 31 grudzień 2004.

 

WsteczOdsłon: 29703   

 

Twoim zdaniem


Brak komentarzy


Dodaj komentarz


| Aktualności | Czytelnia | Dom Rekolekcyjny | Galeria zdjęć | Najnowsze publikacje | Napisz do nas | Polecane strony | Zgromadzenie |

 

Mirosław Kuduk © 2009

Profesjonalny Hosting

 

000129606